
https://youtu.be/5-XZFxD_nSk
Piękne styczniowe południe. Tego dnia wstałem jak zazwyczaj - dość wcześnie rano.
Pomijając temat porannej toalety i wszystkich kalorii, które wchłaniam na śniadanie, przejdę parę kroków dalej - do mojego czarnego Merita - rocznik 2015. Wsiadłem do auta, pojechałem na East Beach. O tej porze trudno kogokolwiek zastać - zwłaszcza, jeśli jest to poniedziałek - tuż po burzliwym weekendzie. Ostatnio zacząłem o siebie dbać - wiesz jak dobrze działa na człowieka sport? Sport, trening - cokolwiek, jakakolwiek aktywność ruchowa. Ostatnio tak dobrze czułem się po nocy poślubnej. Ohs, Carmaine była wtedy na prawdę piękna..
Wracając do tematu - odwiedziłem naszą siłownię, przebrałem się w lekko przepocony strój, który trzymałem tam już dobre parę dni. Pomińmy szczegóły - nikt nie jest pieprzonym ideałem, a na pewno nie Ty, więc nie wypominaj mi mojej higieny osobistej. Po prostu złapałem za sztangę i zacząłem wyciskać, okej? - to były moje ostatnie krople potu na wolności..















Stay classy.

(( przejdę teraz na formę OOC - po prostu będzie mi wygodniej ))
Pierwszy hang-out. Nie wiem, czy można byłoby to teraz nazwać w ogóle hang-outem.
Budynek pod panelem hotelu, kupionym za grosze, byłem wtedy sam - z jednym kumplem.
Nie mieliśmy w sumie nawet żadnej koncepcji, projektu, zarysu - nic, spontan.

Drugie miejsce bardziej przypominało, to co można byłoby nazwać miejscem do gry dla takiej organizacji.
Mieliśmy już na prawdę spore grono (!) - cztery osoby. Magnes - masz piękną ironię.

Pierwsze hangouty = pierwsze osoby do gry = pierwsze rozmowy.

Ja, Naver (Thomas) i Monsteros (Brandini) - ten ostatni jest z nami po dziś dzień.

Odrobina projektu i dzień oficjalnego przejścia na panel organizacji - 09/01/2015.

Panel od czegoś jest, prawda? Jakoś go trzeba wykorzystywać, tak? Pierwsze CK.

Późniejsze kombinowanie zupełnie wszystkich nas przerastało i sami dobrze nie wiedzieliśmy,
czego właściwie chcemy od tego miejsca gry. Zabawnie to wygląda z dzisiejszej perspektywy.
Tam w sumie wyszła też pierwsza większa interakcja - z kolumbijczykami (wieczorek karciany).


Pierwsza przybita piątka dla Norte, które przenosiło się wówczas z Collinas na Xoomer - nieopodal Pig Pena.
Mieliśmy wtedy dobić targu na bronie, które puszczał nam wysoko wtedy postawiony detektyw.

Stabilniejsze miejsce - na ślimaku, które utrzymało się przed dość długi czas.

Kombinowania nie było końca. Po drugiej stronie budynku mieliśmy
/drzwi, o których wykorzystaniu nie mieliśmy zielonego pojęcia
i zabawa trwała i trwała i trwała - zero stateczności.

Pierwsze zainteresowanie się federalnych naszą bandą - jak pamiętam, nikt od nas nie był oskarżony o cokolwiek.
Jednak co to za wizyta FBI bez wpadek? Któryś rzucił parę słów za dużo i poleciał za obrazę agenta.
Obyłoby się spokojnie, jednak doszło jeszcze do przeszukania - ktoś nieszczęśliwie miał akurat pukaweczkę.

Witaj Little Homeland! Coś, co choć trochę przypomina obecną
strukturę pozostałości po naszej restauracji. Jak widać, ostało się przez długi, długi czas.

Pomijając chwilowe gnojenie przez Bloods, motosiów, Kolumbijczyków i tak dalej
(bo ssów niestety nie mam)- przejdę do pierwszego, większego kolekcjonowania harleyowców u siebie.

Syndykat - fajny czas. Wydaje się, jakby wtedy było na prawdę najwięcej graczy
aktywnych w pozostałych organizacjach i ogólnie na serwerze - miło wspominam i pozdrawiam.

Pierwsze liczniejsze hood-gamingi - o ile tak śmiesznie można to określić.

Zgrupowanie na nocne łowy - syndykat.

Jest syndykat, jest zabawa, jest zainteresowanie - coraz więcej chętnych być real wiseguys.

Tak jak mówiłem - serio, fajny czas. Black Roses przygarnęli do siebie wtedy około sto osób -
oczywiście otwarte, integracyjne spotkanko syndykatu.

Pierwsze koneksje rządowe - Sherman - przewodniczący Rady.

Mini-event, który miał być atrakcją dla własnego grona,
stał się spontanicznie otwartą imprezą dla trzech organizacji.

Little Homeland miało wtedy odrobinę inną formę wewnątrz niż obecnie,
aczkolwiek równie dobrze gromadziło podobną liczbę osób.

Pierwsza piwnica, hajsiarnia, miksiarnia, jak kto tam lubił sobie określać.
Każdy lubił określać i każdy lubił tam przychodzić, jednak tylko prawdziwi Wiseguys mieli wstęp.
Uwierzcie - na prawdę sporo dolarów przeprało się przez te drobne cztery kąty. 

William Domville - kandydat do Rady Miasta. Kto by pomyślał?
Galante ustalał sobie wtedy rzekomy przetarg na renowację skateparku.

Zakład bukmacherski i firma budowlana - pierwsze inicjatywy czysto IC.



Kolejna pralnia forsy - również tylko dla swoich.

No i jeden z ciekawszych momentów - zainteresowanie Galante rozeszło się szerszym łukiem po Santos,
stąd porwanie, wytargowany okup 20 000$, śmierć, łzy, niedowierzanie - pozdrawiam Sinners.
Po tej akcji postać stopniowo zaczęła siwieć, zmieniać swoje zachowanie.

Potem wszystko wydawało się być już w miarę kolorowe.
Zorganizowaliśmy event dla South Central.

W międzyczasie dołączyli do nas ruscy z Almatayskiego Klanu -
mocna siła, fajnie się wspólnie strzelało i grało.


Co więcej? Dorobiłem się limuzyny, pozbyłem się kreta i czułem się dobrze.
Założenia z aplikacji spełniłem, więc oprócz dobrego sampoczucia, jestem spełniony.
Zapomniałbym - przygarnąłem również chwilowo MadeMana na niepodpisanej postaci.
Pozdrawiam wszystkich niedowiarków bardzo gorąco i zapraszam tutaj, tutaj i do sklejki mejda.
(( Bugs - Cags - gra słów. Mademan ostatnimi czasy pogrywał na postaci Larry "Cags" Cagiano ))

Nigdy nie chciałem wielkich wojen -
"ludzie Galante nie są małpami, by skakać po dżungli i ciągle użerać się z innymi"
Od biednego Emperora i jednego budynku do definitywnego bogactwa.
Nie pochwalajcie tylko mnie - razem ze mną tworzyli to goście,
którzy swoją grą i zaangażowaniem mogliby wywołać ból Waszych głów.
Ostatni post, złote myśli i podziękowania dla wszystkich współtworzących.
***
Pytasz mnie jak wyglądał ten dzień? Nie wiem co z Wami jest. Macie cholerną tendencję do wyolbrzymiania wszystkiego. Naoglądaliście się gównianych, tanich filmów, gdzie wszystko ma jakąś puentę i liczycie na to samo ode mnie. Chcesz tego? Siądź i posłuchaj.. Kiedyś gadałem z pewnym agentem - odrobinę lewy - wtedy na prawdę rozwiązał mi się przy nim język. Czy sypałem? Nie do cholery - rozwiązał się, bo po prostu coś mnie tknęło i zebrało mi się na pieprzone gadki filozoficzne o życiu. Wtedy powiedziałem mu - "jedyne co po mnie zostanie to album ze zdjęciami w federalnym archiwum". Jaki mamy dziś dzień? Widzisz - masz spełnienie moich słów wyłożone na blat, jak cholerna kawa na ławę. Czwarty stycznia, a ja siedzę w tej norze - u kresu swojej śmiesznej kariery. Dostałem dwanaście lat. Mógłbym zacząć pisać dziennik, później wydać książkę a na koniec stać się zabawnym gangsterem-celebrytą, który co tydzień ma wizyty w porannym programie kulinarnym, a wieczorem występuje w lokalnym talk show. Przekolorowana wizja tego, co widziały oczy moje i chłopaków, którzy dla mnie robili. Dostali podobną odsiadkę - wyjdą wcześniej, zdążą jeszcze choć odrobinę nadrobić te dni, które teraz przegniją w czterech ciasnych ścianach. A ja? Mam pięćdziesiątkę, wyjdę mając sześćdziesiąt dwa. Optymistyczna wizja? Cholernie. Chyba tylko do pozostania nowym członkiem klubu seniorów i graczem w ekipie golfowej, zrządzącej dzień w dzień na temat polityki. Czy nadal się śmieję? Tak, znów się śmieję. Przestań - nie chcę dostać tych wszystkich gównianych chorób, na które boleją te zgredziałe emerytki. Wyjdę i nadal będę Anthonym Galante - jednak nikt nie wie, czy tym samym. Znowu na South nie przejadę obojętnie, bo dzieciak, który zdążył pewnie już wystrzelać dwóch innych asfaltów z sąsiedztwa znowu mnie zatrzyma i znowu zapyta czy mam coś na sprzedaż. To w żaden sposób nie idzie w dobrą stronę. Nie mam pojęcia co będzie dalej. Czy to będzie pranie forsy, czy strzelaninka w dżungli. Dziś mogę mówić tak, za dwanaście lat mogę zdecydować się jednak na wcześniej wspomniany klub seniorów.
Przyszłość nas zmienia. Co będzie ze mną?
Słyszałem, ze xxxxx ustawia już ciekawy biznes..
** Galante rechotnął, uśmiechnął się - jak zwykle - krótko i pewnie, ostatecznie skierował się do swojej pryczy. **