

BLACKTOWN JOKERS - zorganizowana grupa przestępcza uformowana na początku dwa tysiące osiemnastego roku, w której kluczowym fundamentem są członkowie o różnych rasach, kulturach, osobowościach, narodowościach, odmiennym pochodzeniu etnicznym. Kolor skóry nie ma żadnej pozycji w hierarchii wartości, jest dla nich bez znaczenia, także nie rozdziawiaj gęby, jeśli zobaczysz Japończyka w towarzystwie czarnoskórych skurwieli. Ekipa z Downtown nie utożsamia się z określonymi kolorami, nie posiadają rozpoznawalnych tatuaży oraz charakterystycznych elementów czy oznak, które mogłyby ich wyróżnić wśród innych. W skład organizacji z reguły wchodzą byli gangsterzy z poszczególnych regionów South Central, jednak nie brakuje tam żółtodziobów głodnych gotówki, u których bogactwo staje się wyznacznikiem do dalszych działań, albo przepustką ze świata nędzy do względnego dobrobytu. Nie mają też dalszego pomysłu na swoje życie, czy perspektyw, dzięki którym mogliby odzyskać równowagę życiową. Grupa nie posiada żadnej hierarchii, wszyscy członkowie ugrupowania są stawiani na równym szczeblu, by nie doszło do konfliktów wewnętrznych. Równouprawnienie w głównej mierze utrudnia także wyłapywanie poszczególnych członków organizacji przez służby porządkowe. Traktują się bardziej jak rodzinę, która nie chce chodzić jak w kieracie za psie pieniądze w pobliskich biznesach, tylko zarabiać poważny, gruby szmal, niekoniecznie legalnymi sposobami. Gangsterzy odnoszą się do siebie z wzajemnością, bez zadawania zbędnych pytań, są gotowi poświęcić wszystko. Tutaj liczy się solidarność i kompatybilność, a dołączenie w ich szeregi nie jest prostą sprawą. Siłą napędową są efektywne postępki przyczyniające się do przejęcia wpływów na terenie Los Santos, poczynając od wymuszania haraczy, początkującego sutenerstwa, porwaniach na zlecenia, a kończąc na handlu bronią. Organizacja ma w planach rozkręcić legalne działalności do prania brudnych pieniędzy, głównie z klubów ze striptizem, czy kasyn. BLACKTOWN JOKERS, choć nie uważa się za żadną mafię, wyznaje jedną, bardzo ważną zasadę panującą w tych kręgach od lat, mianowicie są to słowa: "Nic nie słyszałem, nic nie widziałem, nie było mnie tutaj, a nawet jeśli byłem to spałem!"

Przebywając w tym miejscu, zapominałem o wszystkim. Niczym chwilowa ucieczka, czy odskocznia od rzeczywistości i problemów z nią związanych. Rozsiadając się wygodnie na kanapie, nie odrywałem wzroku od seksownych kobiet w obcisłych, lateksowych kombinezonach, które potrafiły zadowolić klientów spektaklem pełnego profesjonalizmu. Oprócz tego, dzięki lustrom wypełniającym całą salę, miałem możliwość obserwować kobiety z każdej strony, przyglądając się intensywniej ruchom tanecznym na rurze. Przed sceną można było też ujrzeć gromadę wygłodniałych gapiów, którzy z wywieszonymi jęzorami wsuwali w majtki zjawiskowym showgirl pieniądze w postaci banknotów, śliniąc się znaczniej, gdy tancerki odsłaniały część garderoby, przy tym ukazując swoje nagie ciało. Popijając trunek wysokiej jakości, z transu wyrwał mnie cichy dźwięk wydobywający się z kieszeni spodni. Sięgnąłem po urządzenie, na które niechętnie przerzuciłem wzrok, by zapoznać się treścią przybyłego sms'a od nieznanego numeru:
" Czekam przed Twoją speluną z forsą. Tylko rusz tą tłustą dupę, bo nie mam na to całego wieczoru."
Zmarszczyłem czoło, kiedy przeczytałem wiadomość do końca. Po krótkiej chwili odpisałem.
"Jeszcze będziesz mi stawiać warunki? Zostaw szmal w mojej skrzynce pocztowej, bo nie chcę oglądać tej Twojej mordy. Zresztą jestem obecnie zajęty, nie będę zmieniać swoich planów, a co najlepsze już zdążyłeś spierdolić mi humor."
Ledwo się odezwał, a już wyprowadził mnie z równowagi. Jebany egoista, zadufany w sobie, który uważa się za nie wiadomo kogo. Po wysłaniu sms'a, do moich uszu dobiegł stukot obcasów, który roznosił się echem po całym pomieszczeniu. Zza ekranu telefonu wyłoniła się atrakcyjna, cycata blondynka, która obdarowała mnie kokieteryjnym uśmiechem. Sprężystym krokiem zmierzała w moją stronę, a zbliżając się, wszystkie negatywne emocje jak pstryknięciem palca – rozpływały się. Wytrzeszczyłem swoje ślepia, skupiając uwagę na kobiecie, wpatrzony jak w obrazek. Jej figura wprawiła mnie w osłupienie. Zatrzymała się w małej odległości przede mną, odwróciła się w bok i zmieniła tor ruchu, gdzie urządzono prywatne pokoje. Machnęła do mnie dziarsko ręką w geście zaproszenia, kiedy znowu rozległ się dźwięk mojego telefonu. Tym razem nie była to wiadomość.
- Czy nie wyraziłem się kurwa jasno, że jestem zajęty? - wycedziłem groźnie przez zęby. Szkoda, że nie widział mojej rozwścieczonej twarzy.
- Słuchaj, spotkajmy się, porozmawiajmy. Chcę już mieć z głowy całą tą szopkę. Osobiście oddam Ci pieniądze do łapy. Pozwól mi pokazać, że się myliłeś co do mnie. - odpowiedział, próbując jakoś załagodzić atmosferę i mnie uspokoić, jednak bez powodzenia.
- Głuchy kurwa jesteś? - odparłem, nie zmieniając swojego złowrogiego tonu.
- Jedno spotkanie, a już nigdy więcej mnie nie zobaczysz.
Zamilkłem. Ostatnie słowa wzbudziły we mnie zainteresowanie. Przez złość, nie zorientowałem się nawet, kiedy tancerka zniknęła z mojego zasięgu wzroku. Już chyba nic nie miałem do stracenia – zgodziłem się.

Wyciągnąłem z kieszeni spodni kilka, pogniecionych banknotów, które wbiłem w dłoń taksówkarza. Kiwnąłem głową w geście podziękowania, wysiadłem na zewnątrz, czując na twarzy chłodny, rześki powiew wiatru. Panowały kompletne ciemności, cała mieszkalna okolica była zalana mrokiem. Dom znajdował się na zupełnym odludziu, wokół zaś rozpościerał się ciemny las, nad którym widniał błyszczący księżyc. Idąc ślamazarnym krokiem w kierunku drzwi frontowych, zza głowy dobiegł mnie odgłos odjeżdżającej taksówki z piskiem opon. Był to ostatni dźwięk, który był oznaką czyjejś obecności, a oddalając się, z każdej sekundy na sekundę narastała głębsza cisza. Pusto. Nie dostrzegłem żadnej żywej duszy, tylko gęstą mgłę, która spowijała wszystko dookoła. Stojąc na podeście przed wejściem, poczułem jak kipi we mnie złość i gniew. Dlaczego znów to zrobił? W co on ze mną gra? Śpi na forsie, dlaczego nie spłaci swojego długu? Czy jestem zbyt naiwny? Muszę znaleźć jakiś radykalny sposób? Nie odpuszczę mu tego, nie daruję. Przez głowę przemknęło mi wiele myśli, płonący w środku gniew wzrastał na sile, tyle pytań, brak odpowiedzi i dziwne uczucie, jakby coś było w powietrzu, coś nieokreślonego, jakaś nieznośna i obca atmosfera. Nerwowo rozejrzałem się na boki z szarpiącym w piersi sercem, jednak trudno było się rozeznać w mroku. Wytężyłem słuch, lecz jedynie co udało mi się uchwycić to cichy szum wiatru oraz szumiące liście z lasu. Coś było nie tak, czułem to. Nie zdążyłem dosięgnąć klamki, kiedy instynktownie rzuciłem się na bruk. Z początku nieuchwytny, trudny do określenia szelest, zamienił się w huk wystrzału, który odbił się szerokim echem. Kula świsnęła tuż obok mojej głowy. Rzuciłem się na drzwi, zaraz wpadając do środka wprost w objęcia ciemności mieszkania. W tym czasie rozległ się powtórny świst pocisku, który tym razem był celny i przeszedł na wylot przez moją klatkę piersiową.
Postrzał w brzuch zaznaczył się małym otworem, w plecach zaś powstała paskudna wyrwa. Zgiąłem się w pół, gdy przeszywający ból promieniował po całym moim ciele. Z trudem łapiąc oddech, zatrzasnąłem drzwi, zaraz posuwając się chwiejnym krokiem w stronę podziemnego wejścia prowadzącego do schronu przypominającego bunkier. Sapiąc, nałożyłem na drzwi potężną nóżkę blokującą możliwość ich otworzenia od zewnątrz. Ogarnął mnie promyk nadziei, jednak czułem jak ubywa ze mnie życie. Zsunąłem się na ziemię i ściągając swoje odzienie, próbowałem materiałem koszuli zatamować krwawienie z rany, z której sączyła się krew. Z każdym kolejnym, już świszczącym oddechem, ból się nasilał. To koniec, pomyślałem. Czułem jak powoli przechodzę na drugą stronę. Resztką sił chwyciłem palcami telefon. Zanim moje ociężały powieki zapadły na dobre, zdążyłem wystukać wiadomość.
Kazuhiro... - ni stąd ni zowąd usłyszałem kobiecy, ciepły głos, który dobiegał z oddali. Umarłem? Przeszedłem na drugą stronę? Moje ciało ogarnęło nie do opisania uczucie błogości oraz wewnętrznego spokoju. Zbliżałem się w kierunku światła w tunelu, ale nie widziałem jego źródła. Pulsujące, nieskazitelnie czyste światło, znajdujące się jakby u kresu dotychczasowego życia, z niewyobrażalną siłą przyciągało mnie coraz bliżej siebie.
Nie poddawaj się! - znowu ten sam głos, odległy, który odbił się ledwo słyszalnym echem w mojej głowie. Brak bólu, negatywnych emocji, tylko stan euforycznej radości sprawił, że nie chciałem wracać do swojego ziemskiego bytu. Nagle jakaś siła pociągnęła mnie z powrotem, w czarną otchłań - wróciłem do świata żywych.

Powoli, z niechęcią otworzyłem powieki. Od razu tego pożałowałem, kiedy blask szpitalnej lampy mnie oślepił. Obraz był zamazany, odruchowo zmrużyłem oczy, którymi nerwowo mrugając próbowałem przystosować się do jasności. Minęło kilka sekund, kiedy przyzwyczaiłem się do rażącego światła. Dłuższą chwilę zajęło mi zastanowienie się, co dzieje się wokół mnie. Mój otępiały mózg odmawiał mi posłuszeństwa. Nie funkcjonował poprawnie przez co poświęciłem kilka minut na spoglądanie przed siebie, martwym wzrokiem. Kiedy tylko całkowicie się wyostrzył, ujrzałem znajomą, kobiecą twarz.
-Wiedziałem, że mogę na Ciebie liczyć. - odparłem osłabionym głosem, czując jak mój kącik ust mimowolnie drgnął.
-Niecodziennie otrzymuję takie zaskakujące wiadomości z niezrozumiałym przekazem.Tym bardziej, że ostatni raz widzieliśmy się...Nawet nie pamiętam kiedy to było, więc tym bardziej byłam pewna, że coś nie gra. Komu zaszedłeś za skórę? Lepiej nie igrać ze śmiercią. To opowiadaj, z jakiego powodu, ktoś chcę się Ciebie pozbyć?
Utrzymując kontakt wzrokowy z kobietą, cały czas próbowałem sprawiać wrażenie wsłuchanego - jednak myślami byłem kompletnie gdzie indziej. Oczekując ode mnie odpowiedzi, rzuciłem krótko:
-Potrzebuję pomocy. Wyświadczysz mi przysługę?
Nie musiałem długo czekać na odpowiedź. Bez zastanowienia - zgodziła się.


-Jesteśmy na miejscu. - przerwałem głuchą ciszę, zaciągnąłem hamulec ręczny i przekręciłem kluczyk w stacyjce. Swój wzrok utkwiłem w jednym punkcie przed sobą, po czym zerknąłem we wsteczne lusterko i z tylnego siedzenia sięgnąłem po dosyć sporych rozmiarów, wyładowaną torbę. Nacisnąłem klamkę, uchyliłem drzwi, ostatecznie opuszczając pojazd.
-Co to za gnojowisko? - kobieta odpowiedziała przenikliwym spojrzeniem, wykonując te same czynności – odpięła pas bezpieczeństwa i wyszła na zewnątrz. Przed nami znajdował się niewielki dom, który z pozoru wyglądał już na dawno porzucony i opuszczony, zaś wokół porośnięty był bluszczem i pnączami. Z każdej strony uchowały się nieliczne pozostałości ogrodzenia wykonanego z płotu ze spróchniałych już desek. Szczególnie w oczy rzucały się powybijane szyby, które gdzieniegdzie po załatano grubymi kawałkami drewna. Sprawiał wrażenie posępnego, czy niewykończonego, tak jakby ktoś w połowie przerwał proces jego budowy.
-Nie zostaniemy tutaj na długo. - kiedy doszedłem pod jedną, wielką ruderę, popchnąłem ostrożnie ledwo trzymające się w zawiasach drzwi i wymownym gestem zaprosiłem kobietę do środka.
Przywitał nas intensywny zapach zgnilizny, a podmuch kurzu uderzył w nasze twarze. Zatrzasnąłem za sobą wejście, dotrzymując kroku kobiecie. Kurwa, faktycznie mogłem wybrać inne miejsce – pomyślałem, cały czas krztusząc się przez zanieczyszczone powietrze i panujące obecnie warunki.
-Ja pierdole, jesteś gorzej zorganizowany ode mnie. - skomentowała kobieta, która podobnie nie mogła zwalczyć odruchów kaszlu.
Przynajmniej nie musimy obawiać się niespodziewanych gości. - odpowiedziałem, na swoją obronę, zrzucając z ramienia torbę.
W środku dom wyglądał jeszcze gorzej, niż z zewnątrz. Tapety były wyblakłe, częściowo odstające od ścian, a w niektórych miejscach poobdzierane i gnijące. W dachu prześwitywały dziury, z których dostawały się zimne promienie księżyca i delikatnie oświetlały pustą przestrzeń. Podwinąłem rękawek koszuli, z tarczy zegarka wyczytałem godzinę, kontynuując dalsze oględziny nory, gdzie każdy element wskazywał na tragiczny koniec tego miejsca, a zarazem intrygującą, tajemniczą przeszłość.
Nagle drzwi przeraźliwie zaskrzypiały i z hukiem wyleciały z zawiasów, upadając na podłogę. Z racji, że panował istny mrok, w progu udało mi się dostrzec tylko kontury ludzkie. Im mocniej wytężałem wzrok, tym bardziej stawały się wyraźniejsze. Kurz wirował wokół naszych ciał, które zastygły w martwicy. Przed odzyskaniem poczucia rzeczywistości, mój słuch zarejestrował donośny, triumfalny śmiech.
-A wy co kurwa, jakbyście ducha zobaczyli – to tylko ja. - oznajmił mężczyzna spokojnym, niskim tonem głosu i przebierając nogami, ruszył w moją stronę. Zanim zdążyłem cokolwiek wydusić z siebie, czarnuch wystawił swoją masywną łapę, by zbić grabę.
-Nic się nie zmieniłeś, jesteś tak samo popierdolony, jak zawsze. - objąłem go po męsku, mocno klepiąc po plecach. Po przywitaniu podszedł do kobiety, która oparta o ścianę, cały czas łapała głębokie wdechy, wypuszczając głośno powietrze. Wystawił swoje ramiona, którymi przepraszająco uściskał kobietę. Gdy się do niej zbliżył, uniosła swój gniewny wzrok, mimo wszystko odwzajemniła gest, a złość została zastąpiona cichym śmiechem, który wydobył się z jej ust.
-Dobra, przejdźmy do rzeczy. Komu należy się wpierdol? - dociekliwie dopytywał się czarnuch, przerzucając na mnie wzrok. Widziałem, jak budziła się w nim żądza zemsty i krwi. Kiwnąłem głową w stronę torby.. Rozchyliłem jej materiał po obu stronach, by uwidocznić zawartość. Kilka pojemników z benzyną, czarne kominiarki, szklane, puste butelki, niestarannie pozrywane kawałki różnych materiałów i szmatek. I tak przez najbliższe kilka godzin prowadziłem swój wywód, by dogłębnie, od początku do końca podzielić się wydarzeniami zeszłych dni z zgromadzonymi osobami oraz zaplanować dalsze działania, które pozwoliłyby się pożegnać z problemami - raz na zawsze - albo osób, które są ich źródłem.


-Pamiętajcie. - zatrzymałem pojazd, wyłączając silnik. Z torby, którą zapakowałem pod nogami, wygrzebałem kominiarki, kontynuując:
-Oczy dookoła głowy. Nie spierdolcie tego, jeśli będziemy się trzymać zgodnie z planem, to dziś opuścimy to zadupie. - dokończyłem z poważnym wyrazem twarzy, zaraz naciągając na twarz jedną z kominiarek.
Drugą podałem mężczyźnie, trzecią kobiecie i w mgnieniu oka podobnie zakryli swoje twarze pod materiałem. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, wybiła godzina równo czwarta. Pojazd zaparkowałem od tylnej strony domu, w bezpiecznej odległości. Wcześniej kontrolnie przejechaliśmy wokół okolicy, by nabrać pewności, że przypadkiem nie zostaniemy przyłapani na gorącym uczynku. Całe szczęście, przemierzając przez opustoszałą drogę, nie dostrzegliśmy nic niepokojącego. Panowała niesamowita cisza grobowa, żaden głos nie dochodził znikąd, żaden dźwięk nie przerywał głuszy. W powietrzu uśpionym, pogrążonym we mgle, blask latarni roztaczał przyćmiony wachlarz promieni, który delikatnie oświetlał teren wokół mieszkania, tak jakby został oznaczony na celowniku. Pierwszy etap planu był za nami.
-Będę czekać na wasz znak, pośpieszcie się, ale ostrożnie, by nie narobić hałasu. - rzuciłem torbę na ziemię, którą rozpakowałem i wziąłem się do roboty. Kobieta z czarnuchem bezszelestnie posuwali się na przód, w stronę domu, zabierając ze sobą kanistry z benzyną, którą dosyć niestarannie rozprowadzili z każdej strony mieszkania, polewając większą część zabudowy, w miarę możliwości, ponieważ czas uniemożliwiał dokładność. W momencie, gdy mężczyzna podsadził kobietę na daszek, gdzie do końca opróżniła bak, rozlewając jego zawartość na górną część, ułożyłem pionowo szklane butelki, do których nawpychałem nasączone benzyną szmatki. W dłoni trzymałem opakowanie z zapałkami.

Miałem Cię już nigdy nie zobaczyć, więc nie zobaczę, skurwielu. - szepnąłem pod nosem, sam do siebie, kiedy moi pomocnicy zaczęli czmychać z powrotem w moją stronę, kobieta uniosła dłoń, wystawiając kciuk ku górze. Nastąpił cichy trzask zapalanej zapałki, którą wrzuciłem do pierwszej butelki. Zamachnąłem się i z całym impetem rzuciłem Mołotowa wprost na rozlaną benzynę. Powielając czynności, wszystkie butelki zostały doszczętnie roztrzaskane o zewnętrzną część domu. Ogień szybko się rozprzestrzenił, cała posiadłość stanęła w płomieniach, a żywioł na pewno odebrał jakąkolwiek możliwość ucieczki – to był już koniec. Ogień pochłonął wszystko, co znajdowało się w zasięgu posiadłości. Mission complete, uśmiechnąłem się szyderczo, wrzucając wszystko do torby, aby nie pozostawić po sobie żadnego śladu.
- Pakować się. - były to ostatnie słowa wypowiedziane przeze mnie, a kiedy każdy zajął miejsce w pojeździe, zniknęliśmy na dobre.

Po drodze jak gdyby nigdy nic, włączyliśmy sobie wieczorną audycję w moim ulubionym radiu. Nikt nic nie mówił, każdy siedział wpatrzony, niczym zahipnotyzowany na drogę przed sobą. Po chwili przerwałem ową ciszę, ściszyłem radio i dodałem spokojnym, lecz pewnym głosem:
-Za parę dni wraca Rylan, jadę odebrać go z lotniska. Może zabierzecie się ze mną, co? - przelotnie rozejrzałem się po ich twarzach, zaraz wzrok z powrotem skupiając na drogę pochłoniętą mrokiem.
-Nie ma problemu, podaj tylko dokładną datę i godzinę spotkania - odparła, głośniej wzdychając pod nosem.
Gdy już dojechaliśmy do miasta, w podzięce za pomoc, zaproponowałem Raymondowi i Camili drinka w naszym nowo otwartym klubie. W przyjaznej atmosferze, spędziliśmy razem całą noc, zapominając o całej zaistniałej akcji, która wydarzyła się parę godzin wcześniej.



Downtown - dzielnica mieszcząca się w centrum miasta Los Santos, granicząca od północy z Mulholland, od zachodu z Temple i Marketem, od południa z dzielnicą handlową oraz od wschodu z Glen Parkiem. Dla niektórych jest to miejsce, nie różniące się niczym szczególnym od pozostałych, dla innych początek drogi rozpoczynającej nowe życie, które stopniowo ulegnie diametralnym zmianom. Zadbane uliczki, najwyższe budynki biznesowe i bloki mieszkalne, malownicze otoczenie przykuwające uwagę – przyjęty obraz tego miejsca, który okazuje się złudny. Downtown to zdecydowanie wyjątkowy teren, emanujący spokojem, ładem duchowym, porządkiem - posiada jednak zdolność wizualnego mydlenia oczów. Z pozoru za dnia nie stwarza żadnych powodów, przez które można by było myśleć inaczej. Nikt jednak nie poznał jeszcze ciemniejszej strony tego miejsca, skrywającej smętne tajemnice.

Siemka. Zauważyliśmy, że na serwerze zaczęło się znacznie poprawiać, jeśli chodzi o organizacje przestępcze. Z racji tego, postanowiliśmy wystartować z czymś własnym.
Nie jest to ani mafia, ani gang - bardziej typowa szajka przestępcza, o zdecydowanie luźniejszym klimacie. Wiele osób może kojarzyć mnie z pewnych, nielubianych organizacji, ale możecie mi teraz zaufać, że tym razem będzie inaczej. Nie chcę tutaj opisywać naszych planów na grę, bo nikt nie wie jak to wszystko wyjdzie IC - co będzie to będzie. Jesteśmy otwarci na kontakty z innymi graczami jak i organizacjami, a nasza gra nie będzie ograniczała się do stania w barze na //ramiona - to mogę Wam zapewnić. Chcemy wprowadzić do naszego wirtualnego Los Santos cegiełkę od siebie. Jak możecie wywnioskować z opisu samej organizacji, większość osób będzie grała na swoich starszych postaciach, na których mają już jakąś historię, ale nie zabraknie też nowych charakterów z nową historią. Na miejsce naszej rozgrywki wybraliśmy całkiem przyjemną lokalizację, czyli Downtown, gdzie również otworzyliśmy klub. Osoby chętne do gry, bądź interakcji będą mogły znaleźć nas w tym miejscu. Jest to w sumie nasz pierwszy projekt (
https://net4game.com...s/#entry3164540). Póki co mogę zdradzić, że w niedalekiej przyszłości planujemy otworzyć kolejną działalność. To chyba tyle, w razie jakichkolwiek pytań dotyczących organizacji, możecie śmiało pisać na mój discord Shevey#4931, albo po prostu na PW. Do zobaczenia w grze, piąteczka.
Credits:
Grafika: Koczan
Tekst: xKaMcia, Sudikoff
Użytkownik Shevey edytował ten post 10/03/2018 - 12:44