https://www.youtube.com/watch?v=kYlaX4DUuYc
Urodzony 12.4.1998
Wychowywany przez samotną matkę na GANTON. Razem z nią, mieszka zaraz przed BINCO.
Chłopak zarywa lekcję, nie styara się - nic a nic. Jest dyslektykiem, ale mniejsza o to - wpadł w złe towarzystwo.
Starsi koledzy, z równoległych klas; młode ćpunki, potencjalni "przestępcy", sprowadzili go na złą drogę... Zamiast chodzić do szkoły, idzie do kumpla, zważyć butlę i zjarać się jak dzika małpa. To staje się powoli monotonne. Hajs sam nie wpadnie do kieszeni, mimo to, jego koledzy byli bardziej majętni; nie dostawali kieszonkowego; umieli sobie radzić... Drobne przekręty, małe napady, dillowanie; wciągnęli go w to. Chłopak dorastał, ale czy zmądrzał? Ani trochę - znalazł dziewczynę, nazywała się Cait. Mimo zgrywania "skvrwiela" dla kumpli, z nią był zupełnie inny - rozkwitał, kochał ją, obdarowywał prezentami... do czasu! Pewnego dnia, dostał cynk od jakiegoś kumpla, że widział dziewczynę, z innym chłopakiem, jak się przytulali i trzymali za rękę.. Niby nic, ale jednak chłopaka zabolało... Nie mówiąc jej nic, umówił się z nią, przy siłowni na Ganton.
Zmierzając w jej stronę, dostrzegł ją, jak rozmawia ze starszym od siebie chłopakiem; odziany w zielone ciuchy. Widać było, że się kłócili - Cocy, czyli nasz bohater, zaczął krzyczeć z daleka, właśnie wtedy zza rogu wyjechała purpurowa tahoma... Zza okien wystawały dłonie, trzymające jakieś spluwy... Cocy zamarł, stojąc w miejscu - wydarł pysk, ale jego dziewczyna nic, a nic; była zbyt zajęta kłótnią z jakimś czarnuchem... To była tylko chwila, aż rozległy się strzały.. Dziewczyna dostała dwanaście kul, czarnuch: dwadzieścia.
Nasz bohater skitrał się w zaułku, zaraz za koszem na śmieci - po trzech minutach wybiegł zza niego, rzucając się w objęciach Cait. Dosłownie się rozryczał, nad jej truchłem. Wiedział, że już nic nie może zrobić... Zadzwonił jedynie po karetkę - ratownicy zjawili się po kwadransie, bezcelowo reanimując poszkodowanych, niestety bez skutku...
Od tamtej pory chłopak znacznie się zmienił, przestał już zgrywać zimnego chłopaczka z dzielnicy... Naprawdę się nim stał! Przestał wierzyć w miłość, w Boga, we wszelkie uczucia.. To już nie miało dla niego znaczenia: jedyna kobieta, która chociaż trochę dla niego znaczy, to jego matka: po powrocie do domu, przynosi jej jakiś hajs, na dalsze utrzymanie i spłatę czynszu. To smutne, że coś takiego miało miejsce w życiu tego chłopaka...
Niestety, on nie wybierał - urodził się w takim miejscu, gdzie te zdarzenia, są na porządku dziennym...


Moja zawartość
Nie podano

