

Nazywam się Isaak Jenkins, urodziłem się w Los Santos...1989 roku nawijają do mnie Ozzy', mam na karku już równe dwadzieścia sześć lat... zegar cały czas tyka, kto wie w którym miejscu wskazówki nagle staną w miejscu. Z kolejnym nadchodzącym dniem, gdy uchylam powieki - jestem zadowolony z faktu, że jeszcze żyje... No ta - że otrzymałem tę kolejną szansę, a może akurat jest to moja zasługa ? Od tego wszystkiego mam już mętlik w głowie, tysiące myśli... Jedno jest pewne, tego co się stało już nie odwrócę. Wdepnąłem w niezłe gówno, ale nie żałuje żadnej decyzji, którą podjąłem w życiu. Takim już jestem człowiekiem, walczę do ostatniej kropli krwi a zarazem ostatniego oddechu, jestem jednym z nich...
[...]

Początek... ta! zastanawiacie się wszyscy - jaki on był, życie nie było mi usłane różami. Już od dzieciaka leciałem przez życie własną ścieżką, miałem wtedy 15 lat. Każda rozkmina się liczyła, ja chciałem tylko pomóc, w domu się nie przelewało. Ojca nigdy nie miałem okazji poznać, Matka wróciła do nałogu, wrzucała w siebie z dnia na dzień coraz więcej CraCC'u. A ja ? na jej prośby starałem się ogarniać kwit na następne działki, które utrzymywały ją przy życiu. Dziwnie to brzmi - no nie ? Myślałem, że tak będzie lepiej chciałem tylko, żeby była szczęśliwa... stało się. Pewnego dnia wracając ze szkoły, przez głowę przenikały mi dziwne myśli... byłem coraz bliżej domu w pewnym momencie ujrzałem czerwonego Lowridera, który stał zaparkowany po drugiej stronie ulicy, tóż na przeciw Jednorodzinnego Domku w którym mieszkałem. Stanąłem przed drzwiami, spojrzałem na nie, były delikatnie uchylone. Wiedziałem, że coś jest nie halo... mama przecież zawsze zamykała drzwi - pomyślałem. Przeleciałem wzrokiem po ganku, dostrzegłem po chwili kij bejsbolowy, który był oparty o barierkę. Długo nie myśląc, chwyciłem za jego czarną końcówkę oburącz, mocno zaciskając. Właśnie wtedy usłyszałem krzyk dobiegający z wnętrza. Zmieszany, przestraszony wszedłem do środka, zmierzając w kierunku salonu... cały czas trzymając kij. Drzwi były zamknięte, poruszałem się po drewnianej podłodze bardzo cicho... W końcu chwyciłem za klamkę otworzyłem je, moim oczom ukazał się tragiczny obraz. Przedstawiał on leżącą moją własną matkę na ziemi, obok niej czarnuch z kosą w ręku, której ostrze stykało się z jej gardłem. Nie wiedziałem co mam zrobić, ułamek sekundy... serce bije coraz mocniej. Ruszyłem z kijem w kierunku czarnucha, ten szybko wyprostował się odbił z nożem dwa kroki do tyłu, śmiejąc się. Z mordy wyglądał na psychicznego skurwiela, czekałem na jego ruch... w ostatniej chwili dostrzegłem gnata, który leżał na ziemi, dzieliło mnie z nim kilka centymetrów. Widocznie musiał mu wypaść, gdy ten wstawał z ziemi szybko się schyliłem. Zgarnąłem go, udało mi się kij opuściłem zatrzymując zaraz po tym dwa palce dłoni na spuście... zacząłem celować w jego kierunku, czułem jak spływają mi łzy po mordzie. Czarnuch miał pewność, że nie dam rady... że nie oddam strzału...zbyt długo zwlekałem, do środka wszedł drugi czarnuch też z bronią w ręku. Nagle schował gnata za pasek, wziął mnie za szmaty, gnat wyleciał mi z łapsk - zaczął nawijać do tego drugiego... "Zostaw tą sukę, zwijamy się - zaraz przyjedzie pięć zero, tey! jazda skurwielu". Wybiegli ze mną z domu próbowałem się wyrwać... byli zbyt silni, władowali mnie na tylną kanapę wozu, wcześniej już wspomnianego Lowridera. Utkwiło mi to w głowie, mam wrażenie jakby to się stało wczoraj... ayy! Jeden z nich, uruchomił silnik wyruszyliśmy z piskiem opon. Myślałem, że już po mnie... znowu dostałem znak, że jeszcze nie wszystko stracone, wyjdę z tego. Na desce rozdzielczej leżał mały GloCC, powiedziałem sobie w myślach - uda mi się, rozjebie skurwieli. Spoglądałem i na nich i na spluwę w końcu wysunąłem dłoń, chwyciłem, celując w głowę pasażera. Wtedy o niczym nie myślałem, oddałem strzał... kierowca puścił kółko, wymierzyłem w niego, bang! ich głowy spoczęły na desce rozdzielczej... samochód zmierzał z prędkością 50km/h w kierunku przystanku, po chwili w niego uderzając. To wszystko działo się tak szybko, nie zdążyłem zareagować, obudziłem się w szpitalu...
[...]

Otwieram oczy... rozglądam się skołowany, leże w łóżku - podłączony do kroplówki. Spoglądam na dłonie, po chwili kieruje się nimi na głowę dotykam jej, bandaż - pod nim gruby opatrunek. Uchylają się drzwi sali, do środka wchodzą dwaj mężczyźni... stają na przeciw łóżka. Przez chwilę na nich spoglądam, dotarło do mnie co się wydarzyło kilka godzin wstecz. Nie wykrztusiłem z siebie ani słowa, przedstawili mi zarzuty mnie obciążające... domyślacie się co było dalej ? po kilku godzinach wypuścili mnie... nie doznałem zbyt poważnych obrażeń, pod salą czekali już na mnie skurwiele z departamentu. Zgarnęli mnie na komisariat, przesłuchanie nie trwało zbyt długo - przyznałem się do zabójstwa, nie miałem już nic do stracenia. Usadzili mnie w poprawczaku, kilka dni później odbyła się sprawa, ogłosili wyrok. Załamałem się, jednak nie mogłem się poddać, okazać słabości. Musiałem wytrzymać do końca - wbijałem sobie to do głowy każdej nocy. Miałem sporo czasu na przemyślenia, dałem radę - przełamałem się. Trzy lata później, przenieśli mnie do Aresztu Śledczego w Santos. łącznie odsiedziałem dziesięć lat - przez ten czas nauczyłem się naprawdę sporo podczas odsiadki dużo myślałem również o matce, martwiłem się zastanawiałem też, czy ona jeszcze żyje. Trochę pisałem, by oderwać się od smutnej rzeczywistości, by o tym zapomnieć - napisałem wiersz... którego treść brzmi. "W moim umyśle jest chłopak w łańcuchach w zimnym mrocznym pokoju bolesnej samotności, gdzie pozostanie. Za tymi ścianami smutek jest pewny i nieugięty jak upływ czasu, myśli się deprawują i mrocznieją wyprane i beznadziejnie ślepe. Więzienia pełne są dożywotników i klawiszy o pustych twarzach, skrępowane serca boją się zmian a słabość staje się beztroska, lecz zachowałem cierpliwość. Czas może ograniczać, lecz nie zdruzgocze mojej woli, siła naznaczyła moją pierś, solidna niczym więzienne kraty, lecz cisza przemawia - mówi mi, co muszę usłyszeć. Utwierdza mnie w przekonaniach i obietnicach, których muszę się bać przypomina mi, że bez wolności jestem sam. A te białe ściany nie rekompensują mrocznych dusz. 95% chłopaków podałem rękę lub dałem w ryj, zanim ich zamknięto lub pogrzebano na cmentarzu. To, co robiłem kiedyś i robię teraz - jest częścią mnie, nie poddam się". Po opuszczeniu aresztu byłem spłukany, kilka dolarów w kieszeni... starczyło jedynie na hotel. Poszedłem w kierunku C-wood, natknąłem się na jeden z Moteli, tóż przy rogu ulicy, wbiłem do środka. Podbiłem do recepcjonisty, załatwiłem sprawę, przekazał mi klucze, pokój 309 powiedział. Skierowałem się schodami wprost na górę, stanąłem przed drzwiami. Wziąłem głęboki oddech, włożyłem klucz do zamka - przekręcając, uchyliłem je. Wbiłem do środka, krzywiąc mordę rozejrzałem się dosyć dokładnie po pomieszczeniu... ja pierdole, co za speluna - powiedziałem sam do siebie. Zaraz po tym rozpakowałem łachy z walizki, kilka minut później położyłem się do łóżka, przysypiając...
Nastał nowy dzień, uff... wstałem, podbiłem do umywalki - odkręciłem kran, przemyłem mordę wodą zakręciłem go s powrotem, spojrzałem na lustro. Po chwili nałożyłem na siebie bluzę, opuściłem pokój, poszedłem do pobliskiego baru tam napotkałem trzech czarnuchów. Siedzieli na krzesłach barowych, podbiłem bliżej - zapytałem czarnucha za blatem o robotę, byłem całkowicie bez kasy. Nawijka się kleiła, czarnuch zaoferował mi robotę, morda mi się ucieszyła. Lepsza taka robota, niż żadna - zawsze wpadnie ci jakaś stówa, dwie w łapsko, powiedział do mnie czarnuch. Nie miałem wyjścia, zgodziłem się, wygrzebał mi klucze z pod blatu i podał. Zacząłem swoją pieprzoną pracę... smażenie steków na patelni, phah...
[...]


Kolejny ciężki dzień, skończyłem robotę o 15:00, opuszczając Bar postanowiłem przejść się po okolicy. Wyjąłem szluga zza ucha, rozpaliłem go... skitrałem bucha do płuc, spojrzałem w niebo stoję jeszcze chwilę pod Barem. Podciągnąłem spodnie - ruszyłem przed siebie, po prostu... jakąś chwilę później dotarłem obok motelu, dzielnica Jefferson. Odbiłem dalej tunelu, stanąłem obok niebieskiego bloku. Nagle zauważyłem dwóch młodych czarnuchów, którzy zmierzali w kierunku Fame Street - z początku przyglądałem się im, podbili bliżej. Dwóch naćpanych czarnuchów, otoczyli mnie, na początku zapytali: "Tey! czarnuchu, coś ty za jeden, he ? nigdy cię tutaj nie widziałem, nawijaj". Włożyłem łapska do kieszeni zerkając na nich... "Ja ? Jestem Ozzy' czarnuchu, mieszkam kilka przecznic stąd... dopiero co wróciłem na stare śmieci. Ale nie będę was zanudzał moim zjebanym życiorysem, nie ? " nawijałem wprost, nie chciałem wyjść na pizdę, co nie znaczy - że nie czułem żadnego strachu. Z sekundy na sekundę serce biło coraz to mocniej, obawiałem się czy odejdę żywy... czarnuch zaśmiał mordą, poprawił swojego Fullcap'a na łbie, "Ozzy' ta ? stare śmieci ? zmierzył wzrokiem drugiego czarnucha, zaczął do niego nawijać: "Co o nim myślisz, he ? skurwiel może nam się przydać, posprząta po nas" ten pokiwał łbem, po chwili chwycili mnie za szmaty... zaciągnęli do jednego z domków, który mieścił się kilka metrów dalej. Uchylając drzwi, wrzucili mnie do środka, w środku było gorąco - poczułem straszny smród... zasłoniłem mordę bluzą. Drzwi się zatrzasnęły, czarnuchy podbili do sofy, otworzyli ją - w środku leżały zwłoki... koleś chyba leżał tam z dwa tygodnie. Czarnuch obciął mnie wzrokiem, dodając: "Chwyć skurwiela za nogi, zaniesiemy go do bagażnika". Podbiłem bliżej... chwyciłem kolesia za nogi, z pomocą czarnucha wyszliśmy z nim na zewnątrz, włożyliśmy zwłoki do bagażnika. Zaraz pojechaliśmy do pobliskiego lasu na Collinas a mianowicie do stodoły, wrzuciliśmy go do środka - musiałem łapać za łopatę i kopać jego grób, ehh. Przejebane, trochę się przy tym upociłem, ale dałem radę, kopałem dziurę dla skurwiela chyba z dwie pełne godziny. Udało się, sturlałem go do środka - później zeszła kolejna godzina na zakopywanie, miałem dość. Po wszystkim wróciliśmy na osiedle, odreagowałem wypiłem kilka zimnych O.E - przy tym poznałem resztę czarnuchów z osiedla.

Między innymi był to Dee', AJ', Key', Pain', Jah' i reszta dobrych mordeczek...

[...]

Wiadomo, każdy kiedyś zaczynał od zera - i też tak było w mojej sytuacji z początku byłem nikim, zwykłym pierdolonym szarym gównem na osiedlu. Byłem chłopaczkiem na posyłki - przynieś, wynieś, podaj, pozamiataj, phah! cóż. Był ze mnie jeszcze chudy skurwiel, który nie wiedział do czego służy sztanga, mhm. Co nie zmienia faktu, że tłukłem się razem z całą ekipą - zwykle przychodzili do nas skurwiele z Jefferson, sloobs. Codziennie mięliśmy wjazdy z ich strony, ale nie poddawałem się - mam swój honor, zawsze sobie to powtarzałem. Każdego dnia dawałem z siebie wszystko, robiłem co mogłem, żeby tylko zdobyć szacunek u osób, którzy znaczą coś na tej dzielnicy. Nadszedł też mój dzień, że tak to ujmę - dzień w którym mogłem się wykazać a zarazem pokazać, że jestem wart coś więcej. Siedziałem przed barem, był to wieczór - podbił do mnie Pain' oraz Dee', kazali mi pakować się do gabloty... zrobiłem to. Pojechaliśmy do Palomino Creek, Pain' zaparkował wóz, tóż na trawię na poboczu miasteczka. Gdy opuściliśmy wóz, stanęli na przeciw mnie obok - na podwórku jednego z prywatnych domków bawiły się dzieciaki. Pain' zadał mi pytanie... brzmiało ono mniej więcej w ten sposób. "Ozzy' czarnuchu, wiesz po co tu jesteśmy ?" odparłem, że nie mam pojęcia - byłem w pewnym sensie lękliwy, przerażony i niepewny. Do dziś pamiętam ich zimne spojrzenie w moją stronę... coś co zamroziło mi krew w żyłach. Po chwili zadali mi pytanie - Czym dla mnie jest brązowa bandana... nie potrafiłem się wysłowić - stałem jak słup soli, wpatrując się w nich. W końcu Pain' wskazał na bawiących się dzieciaków... znów przerzucił wzrok na mnie - umieścił nóż w moim łapsku, dodając: "Widzisz tych dzieciaków ? Ozzy' ? idź i zabij jednego z nich". Pokręciłem negatywnie łbem, zacisnąłem rączkę kosy w łapsku, ruszyłem.... gdy byłem wystarczająco blisko dzieciaka, spojrzałem na niego.... zimnym wzrokiem, zbliżyłem się, chwyciłem go za szmaty. Ostrze wpakowałem mu kilka razy w klatkę piersiową, nie byłem sobą... po wszystkim wyjąłem nóż z ciała - pobiegłem w kierunku wozu, uchyliłem drzwi, wskoczyłem na tylną kanapę. Koszulkę miałem całą z krwi, ostrze noża przetarłem o nią... wyrzuciłem go gdzieś poza okno na autostradzie. Wróciliśmy na osiedle, wysiadłem jakby nic się nie stało - Pain' powiedział mi wprost, zjebałeś skurwielu. Kazał mi się zawijać na kwadrat, poszedłem z opuszczoną głową, rozmyślając nad tym dzieciakiem - był niewinny, a jednak zrobiłem to. Następnego dnia wszystko wyjaśniłem z Pain'em, dał mi szansę - przeszedłem inicjację... wręczył mi brązową bandane, którą to dumnie nosiłem na pysku - do końca istnienia setu... sprawy się skomplikowały, musięliśmy zniknąć na jakiś czas z mapy.... Pain' wyjechał z miasta, nasze wpływy znacznie zmalały...
[...]


Od dłuższego czasu, mięliśmy dobre stosunki z United Ninestown Nation z czarnuchami z Kelly Park. Dlatego też pewnego dnia wpadłem na rewir z AJ'em - poinformowaliśmy ich na czym stoimy. Zostaliśmy u nich na czas, póki sprawy z rodziną się nie wyprostowały. Nie mogliśmy dłużej już przesiadywać na Fame Street, zbyt duże ryzyko - skurwiele z Jefferson czekali tylko na moment, żeby nas dopaść - musięliśmy trzymać się razem. Szanowałem to co nosiłem na mordzie, niebieska rodzina z Fame Street, była dla mnie wszystkim. Od początku trzymałem się zasad, godnie ją reprezentując. Set United Ninestown Nation z czasem został rozwiązany przez FBI...
[...]

Kilka dni później... siedząc u siebie w domu, zadzwonił telefon. Odebrałem, był to Dee'. Czarnuch zadzwonił do mnie, zaproponował mi - żebym podbił obok myjni Xoomer, dzielnica Almighty VICE LORDS Nation - to oni wtedy zamieszkiwali te tereny. Wsiadłem w wóz, ruszyłem w tamtą stronę. Po przybyciu na miejsce napotkałem dwóch czarnuchów, zapytałem o Dee' - wprowadzili mnie do siłowni, wszedłem do środka. Roiło się od czarnuchów, Dee' stał zaraz obok wyjścia, ucieszyłem się na jego widok. Podbiłem, zbiłem prawilnie grabę - zaproponował mi, bym został na trochę dłużej... zgodziłem się - staliśmy i rozmawialiśmy. Usłyszałem wycie syren, teren otoczyły jednostki FBI, uchyliły się drzwi - weszli do środka. Kilku uzbrojonych, ubranych w mundury z naszywkami FBI mężczyzn. Położyłem się na ziemi, zwinęli wszystkich z osiedla... każdy trafił do osobnej celi - set Almighty VICE LORDS Nation został rozpracowany przez jednostki FBI...
[...]


Po opuszczeniu Aresztu... zaczynam znowu nowy rozdział w życiu, huh - po tym ciężkim okresie, dostaje telefon. Odbieram rozmowę - po drugiej stronie słyszę AJ'a, czarnuch pyta co u mnie... odpieram, że chujowo - wszystko się posypało, przyjeżdżaj na Sevile, mówi. Dowiedziałem się, że nawet Pain' tam przesiaduje... reszta mordeczek z Fame również - wieczorem wbiłem się w gablotę, zajechałem na miejsce - zaparkowałem, tóż przy garażach, wysiadłem. Poprawiłem Fullcap na łbie, zauważyłem stojącego czarnucha, opartego o murek obok bloków - smolił lolka, podbiłem zagadać - spytałem o Aj'a. Czarnuch mi odpowiedział, że ten zginął... nie wiedziałem co myśleć, całe życie mam jebanego pecha. Wskazał łapskiem an buty przewieszone na linii wysokiego napięcia, spojrzałem w górę. W moich oczach pojawiły się łzy, przetarłem mordę rękawem... musiałem wziąć się w garść, zapytałem jak to się stało. Na co ten mi odpowiedział, że zatłukli go skurwiele z departamentu... Jakie to Pierdolone życie jest niesprawiedliwe, damn! wziąłem głęboki oddech, pogadałem z nim chwilę jeszcze - potem zwinąłem się do siebie, przed odjazdem powiedziałem - że wpadnę jutro. No i tak też się stało, przyjechałem, na Sevilli roiło się od czarnuchów, którzy mięli na mordach przewiązane niebieskie bandany. Podbiłem i ogarnąłem sprawę, zawsze miałem ten talent do dobrej nawijki.... zagadałem do Ghasty'iego - Jechali na pogrzeb Aj'a, pojechałem z nimi. Wraz z całą ekipą pożegnałem dobrego czarnucha... po pogrzebie wróciliśmy na osiedle...stanąłem z czarnuchami obok bloków, nawijałem z nimi przez chwilę - przedstawiłem się, kim tak naprawdę jestem i jaką mam przeszłość za sobą. Prosta szczera nawijka, bez żadnych kłamst, powiedziałem skąd pochodzę i co nosiłem na mordzie... ukazałem brązową bandanę. Ghasty' obczaił ją jak i mnie wzrokiem, wyjął nóż z kieszeni, obok stał drugi czarnuch - Wils'. Przekopali mnie, solidnie - na białym śniegu krople krwi, ubywają z mojego ciała... tydzień czasu zbierałem się do kupy po tym wpierdolu, phah! Chcieli tylko przypomnieć mi o bólu, nie pierwszy i nie ostatni raz dostałem wpierdol, kwestia przyzwyczajenia. Ale to nie jest koniec... po ostrym wpierdolu Ghasty nachylił się nade mną.. nożem naciął moją skóre na jednej z rąk, dosyć głęboko, krew ściekała wprost na śnieg. Zaczął do mnie nawijać, "Ozzy' czarnuchu, jesteś jednym z nas, przypomniałem ci o bólu, który będzie ci towarzyszyć do końca... Witaj na Seville skurwielu - witaj w rodzinie". Pozbierałem się z ziemi z ich pomocą, wtedy dostrzegłem wzrokiem Pain'a... przynajmniej wiedziałem, że część rodziny przeżyła, to nie jest pierdolony koniec, nie! Dee', Jah' i kilka innych czarnuchów... Jah' przeszedł to samo co ja, zaraz po tym jak mnie pozbierali. Poszedłem ogarnąć się do Apteki, która mieściła się za garażami, taa... nakleiłem jebany plasterek na łuk brwiowy, przemyłem wszystkie rany. Spojrzałem w lustro, nad umywalką - widząc swoją twarz... przypomniałem sobie o wierszu, który napisałem podczas odsiadki. Tym razem wszystko potoczy się w inny sposób, myślałem... byłem gotowy na kolejne zaciekłe wojny z innymi - chciałem pokazać, kto rządzi na South. Mimo licznych sińców i ran na ciele, miałem satysfakcję... będę kimś, postawiłem sobie już dawno temu ten sam cel. Wierzyłem w siebie... Crips nie umiera, Crips się mnoży... powiedziałem - wracamy na mapę, South Central jest nasze...
[...]

Drugi dzień.... na świętej ziemi - Sevilla, na dworze minus pięć... zebraliśmy się wszyscy w jedno miejsce, Ghasty wydał rozkaz - wszyscy stanęli obok siebie w szeregu. Spojrzał po kolei na każdego zimnym wzrokiem... dodał... "Lecimy na skurwieli z Willow, musimy pokazać kto rządzi tym całym syfem" podobno kiedyś mięli dobre stosunki między sobą... dowiedziałem się o tym jakiś czas później, nie ważne. Ruszyliśmy z buta w kierunku Willow, każdy z nas trzymał w łapsku jakiś nóż czy kij bejsbolowy. Gdy dotarliśmy prawie na miejsce, ekipa z wilow zmierzała już w naszym kierunku... zaczęło się - ekipa na ekipę. Na ulicy zamiast śniegu, spora plama krwi, a w niej... ekipa Dizzy'iego, nam też trochę dojebali, ale to my wygraliśmy te walkę. Na kolejne dni nastał spokój, do czasu... skurwiele z Jefferson' wjechali Tahomą, przejeżdżali przez nasze osiedle... z okien wysuwały się po kolei karabiny... ostrzał w kierunku naszych ludzi. Kilka czarnuchów rannych... zrobiło się zajebiste zamieszanie, policja, pogotowie - pozbierali naszych, kilku z nich oberwało całkiem porządnie... wyszli z tego - minęło sporo czasu... rany się zagoiły, czarnuchy byli w pełni na siłach...
[...]


Zadarli z nami skurwiele z El Corony, zrobiliśmy to co Ghasty' uważał za słuszne, wpakowaliśmy się do aut, całą ekipą i pojechaliśmy...

Byliśmy na miejscu z aut wysypała się cała nasza ekipa, ruszyliśmy w kierunku ich osiedla. Poszliśmy od strony bloków, było ich tam sporo... stanęli z nami do walki. Zaczęliśmy się tłuc, wstąpił we mnie pierdolony diabeł, tłukłem latynosa bez opamiętania. Zmiażdżyłem mu czaszkę - nie mogłem się powstrzymać, reszta też dostała niezły wpierdol. Nasi ucierpieli, przegraliśmy ustawkę - nie poddaliśmy się. Jedna z zasad sześcioramiennej Gwiazdy... Honor - zaciekła wojna z LK rozpoczęta. Z dnia na dzień zyskałem coraz więcej szacunku u ludzi Ghasty'iego hajs też się zgadzał, coraz bliżej niebieskiej barwy. Nowa fura i trochę hajsu...dostawałem coraz to poważniejsze zadania, które musiałem wykonać... od handlu Heroiną do kasowania lokali z Haraczy, czy też kolejnych zabójstw. Trafiłem do niebieskiej rodziny na poważnie... była noc, pojechaliśmy zaraz obok Seville, po drodze nasz wzrok przykuli dwaj latynosi - stali obok chodnika. Podjechaliśmy bliżej, Ghasty' powiedział... Ozzy' wiesz co robić, kiwnął łbem w moim kierunku. Opuściłem wóz, podbiłem bliżej i się zaczęło... złapałem jednego z nich za łeb, uderzyłem nim o barierkę obok. Trzaskałem go tak, że nie było co zbierać z ziemi... cały poobijany - drugiego dopadł Ghasty' i Doxxy'. Pojechaliśmy dalej, stanęliśmy obok autostrady, która kończyła się, tóż przy wjeździe do Las Venturas. Ghasty' wyrzucił mnie z paki wozu... leżałem na ziemi, złapał za kij. Leżał on na pace, zaczęli nawijać do mnie wprost - czym jest dla mnie rodzina... zaczęli mnie tłuc, zasłaniałem się tylko rękoma przed uderzeniami... po chwili zgarnęli mnie z ziemi wrzucili s powrotem na pakę Bobcat'a wróciliśmy na osiedle. Oddałem klucze do auta, na rozkaz Ghasty'iego, chciał mnie sprawdzić... czy liczy się dla mnie tylko jebany hajs. Z obitym ryjem leżałem w swojej krwi na pace Bobcat'a. Czarnuch wsiadł w mojego Rancher'a i pojechał.... ale po chwili wrócił, uchylił szybę auta ze strony kierowcy i zaczął się śmiać w moim kierunku.. naprawdę myślałeś, że odjadę twoim wozem - czarnuchu ? próba, zakończona powodzeniem. Dobrze się zachowałeś, powiedział. Wręczył mi klucze w łapska, skitrałem je w kieszeń i popatrzyłem jeszcze chwilę na niego. Wyjął nóż, Doxxy' przytrzymał mnie, Ghasty' zaczął dziarać coś na moim karku, poczułem spory ból.... Na moim karku tego dnia ukazała się litera "C" z której spływała krew, czarnuch prócz tego wręczył mi niebieską bandanę, umieścił ją mniej więcej z tego co pamiętam na jednym z barków. Stałem się prawdziwym gangsterem... nie było odwrotu. Czas zapierdalał z dnia na dzień żyłem jakby ten miał być tym ostatnim, byłem gotowy zginąć za rodzinę. A co ze sloobs ? kilka dni później...pozbieraliśmy się ekipą i ruszyliśmy w kierunku mostu dzielącego Seville z Willowfield.

Z daleka było widać czarnuchów, ekipę... sloobs, naćpani skurwiele - zmierzali w naszym kierunku, doszło do zadymy, nie było z nimi lekko, poobijane mordy miał każdy...
[...]

dwie ekipy - czy wygraliśmy ? przejebaliśmy... przegrana wzbudziła w nas jeszcze większą nienawiść do skurwieli, coraz więcej osób od nich ginęło z naszych rąk.
[...]

Jakiś czas później... poszedłem do jednego z barów, który mieścił się na C-wood poznałem tam pewną laskę. Była ona właścicielką tej speluny... zagadałem z nią, spotykaliśmy się czasami, miała w sobie to coś, co wzbudziło we mnie zaufanie do niej! spodobała mi się, ale nie chciałem jej skrzywdzić... nie pozwoliłbym - żeby wdepnęła w to samo gówno. Jakiś czas później powiedziała mi, że musi zniknąć z miasta na jakiś czas, nie wypytywałem o szczegóły. Chciała sprzedać lokal... dopłaciłem jej trochę hajsu i przejąłem kwadrat, gdzie później przesiadywałem tam z czarnuchami z osiedla. Chłodne popołudnie, pakuje się z Ghasty'm do wozu, bierzemy ze sobą młodego, G'. Pojechaliśmy w kierunku Las Venturas, zatrzymując się na piasku zaraz obok torów... Ghasty' wyciągnął G' z wozu, zaciągnął go na nie, kazał wyjąć line holowniczą z bagażnika, przywiązać czarnucha do nich... zrobiłem to - chciał go sprawdzić, czy skurwiel jest warty tego, by został w rodzinie. Sprawdził się, został - Ghasty' wręczył mu niebieską bandane, odwiązałem skurwiela, line wrzuciłem do bagażnika. Zaraz po tym wszyscy usadziliśmy dupska w wozie, Ghasty' odpalił silnik i ruszyliśmy w kierunku naszego osiedla. Mijały kolejne dni, stawałem się co raz to potężniejszym skurwielem, zyskiwałem coraz więcej szacunku u czarnuchów z osiedla, co za tym idzie - na moim karku pojawiały się kolejne blizny liter. Nasza ekipa rosła w siłe, coraz więcej czarnuchów, chcących spróbować swoich sił w gangsterce, jednym nie szło - za swoje błędy odpłacali życiem. Złamałeś zasadę ? zapłacisz za to skurwielu, tak to działa. A co z Ghasty'm ? był dla mnie jak Ojciec, nauczyłem się od niego wiele, nie raz jego pięści lądowały na mojej mordzie, ale słusznie. Nie ważne co by się stało, zawsze broniłem razem z resztą ekipy osiedle, każdy dzień wyglądał tak samo. Musieliśmy walczyć o wpływy a South Central... wstajesz, ogarniasz kolejne rozkminy - ktoś stanie ci na drodze, musisz go rozjebać. Mógłbym pisać o tym w nie skończoność... kilka spraw się popierdoliło, znowu! musieliśmy się wynieść na jakiś czas z osiedla, większość z nas przesiadywała na Anzac, u lordów. Mięliśmy od zawsze z nimi dobre stosunki, oni pomagali nam - my pomagaliśmy im. Coś mi odjebało, hajs zaczął przewracać mi w głowie, zostało mi na koncie jakieś 26 tysięcy. Usłyszałem ogłoszenie w radiu o sprzedaży terenu z dwoma budynkami, Las Colinas - bezdroża. Całkiem dobra oferta, koleś chciał za teren jedenaście patyków, złapałem za komórkę i wykonałem telefon do niego. Kilka minut później zjawił się u mnie w barze, usiadł na sofie, na początku wypiliśmy kilka szklanek mocnej Whisky', nie rozmawialiśmy zbyt długo, zabrał mnie w to miejsce. Obczaiłem co i jak, jednak wnętrza budynków były zdemolowane, wymagały sporego dofinansowania... ale zgodziłem się - pojechaliśmy do banku, skąd wypłaciłem hajs. Dobiliśmy targu, czarnuchowi wpadło trochę hajsu, a ja miałem gdzie mieszkać na jakiś czas. Resztę pieniędzy, które mi zostały wpakowałem w dobrą gablote, którą wyczaiłem na parkingu w centrum kilka dni później, był nią Premier. Srebrne felgi, czerwony lakier spoiler i inne pierdoły - wóz prezentowałby się zajebiście... ale czerwony lakier całkowicie mnie odrzucił. Miałem już rezygnować, ale wpadł mi do łba pewien pomysł, zadzwoniłem do G' - czarnuch przecież nie dawno otworzył warsztat na Sevilli. Zapytałem czy zna kogoś, kto zajmuje się lakierowaniem wozów, ba! odparł, że jest pewna osoba - da się załatwić. Musiałem przygotować trochę hajsu, wiadomo - nie ma nic za darmo, ale mimo wszystko chciał tylko pięć stów. Morda mi się ucieszyła, powiedział, żebym wpadł za pół godziny. Podbiłem bliżej wozu - w środku siedział białas, zapukałem w szybę i zapytałem. Ey! no strzałka, ile za ten wóz ? białas odparł, że dziesięć okrągłych patyków. Wbiłem do niego do wozu, mówiąc - by ten jechał w kierunku banku, stamtąd wypłaciłem kwit. Auto miało już sporo lat za sobą, powypadkowe. Ubezpieczenie i reszta tego całego szajsu była jeszcze ważna przez pewien okres. Bez dłuższego zastanawiania się, podpisałem papiery kupna pojazdu, zgarnąłem klucze a białasowi przekazałem walizkę z hajsem. Wsiadłem do środka, ustawiłem elegancko fotel i wsteczne lusterko, założyłem przeciwsłoneczne okulary, odpaliłem silnik. Jeszcze chwilę przejrzałem się w owym lusterku, zacieszając mordą wbiłem pierwszy bieg i ruszyłem w kierunku Sevilli. Po drodze poinformowałem czarnucha telefonicznie, że zaraz będę na miejscu, dotarłem. Wjechałem do garażu, stał tam już G' z drugim czarnuchem, ogarnęliśmy sprawę. Zapłaciłem mu, przekazałem wóz - mówiąc, że wpadnę za kilka dni go odebrać, pojechałem też do pobliskiego sklepu z garniakami i zaopatrzyłem się w pewien, kosztował mnie dwa tysiące baksów. Kilka dni później ujrzałem mój wóz z nowym lakierem, kurewsko podnieciłem się. Zakochałem się w tej gablocie....
[...]


[...]
Chciałem spróbować czego nowego, nie opuściłem rodziny - przyjeżdżałem na Anzac, doglądając czy jest wszystko w porządku, chujowo to brzmi, ale tak było. Wierzyłem, że dorobię się jeszcze większego luksusu... że cyfry w banku powiększą się o kilka zer... Huh. W końcu nie jeden czarnuch zamieszkujący tereny South Central' marzył o grubej forsie. Póki rodzina była bezpieczna, miałem trochę czasu na zajęcie się interesami, taa. Czekaliśmy, aż sprawy się wyprostują; żeby zacząć działać spowrotem na Seville - z resztą, przez cały okres wszyscy działaliśmy w pewien sposób, którego nie ujawnię w moim pamiętniku - zabiorę to do grobu. Pieniądze na koncie rosły a moja głowa była pełna pomysłów, jednak uświadomiłem sobie wtedy, że pieniądze nie są najważniejsze. Przez całą ścieżkę mojego życia unikałem śmierci - czaicie ? Pamiętajcie, że tylko śmierć jest pewna. Pieniądze, które zachowałem zainwestowałem w kwadrat na Sevilli, który nabyłem od Pain'a. Co prawda, to były grosze - ale tam moja dupa była bezpieczna. Kwadrat na Las Collinas opustoszał, od czasu do czasu tylko zaglądałem czy wszystko tam gra. Czy ćpuny nie zrobili sobie w tamtym miejscu pierdolonej speluny... Mhm. Wszystko się układało, po ciężkim upadku - pozbieraliśmy się i wjebaliśmy się z potężną siłą na swoją ziemię. Dni upływały bardzo szybko, a nasze wpływy znacząco rosły - staliśmy się jedną z najpotężniejszych grup w historii miasta. Czujecie tą nawijke ? jedna pierdolona potężna armia skurwieli, którzy miotą każdego kto stanie im na drodze. O Wojnie prowadzonej z czarnuchami z Jefferson' nie wspomnę - tyraliśmy się nawzajem... skurwiele mięli przewagę liczebną, mięśniową... ale nie było tutaj miejsca na poddanie się; nie było miejsca na porażke, to nie w naszym stylu. To nie w stylu niebieskiej rodziny z Seville... Sloobz' nie było jedyną Armią dążącą do naszego upadku...
[...]

Widzicie tego skurwiela po środku ? tego w rękawicach ? ta... to właśnie ja - pierdolony wojownik z Seville. Na tym zdjęciu widoczna nasza Ekipa i Willowfield. Właśnie w tym dniu wydarzyło się coś, co sprawiło - że nasze ekipy się połączyły. Po mimo wojen, które ze sobą toczyliśmy od samego początku. Jednoczenie rodzin... Willow - Sevilla. "Niebieska Rodzina trzyma się razem". Wtedy padło to słowo od tamtej pory w każdej sytuacji działaliśmy razem... "Wszystko co ma swój początek. Ma również swój koniec" - spina pomiędzy Ghasty'm a Grubym doprowadziła do dalszej wojny między naszymi ekipami...
[...]

Patrzcie na tą zajebistą parę! jak w romantycznym Amerykańskim filmie, no, no. Ann'Gy i ja... co ja tutaj robię. Romantyczne chwile na plaży - ta laska zawróciła mi w berecie. Ale wracając do początku - siedzę w barze, to było zajebiste popołudnie. Relaksując się siedzę dopijając anglika, rozpalam gibona i zaciągam się kilka razy. Odlatuje w inny wymiar, moje oczy dostrzegają jak ona wbija do baru... czy ja jestem poważnie na takim haju ? Z mordeczki wyglądała całkiem nieźle. Zjeżdżam wzrokiem tam gdzie słońce nie dochodzi... czuje jak podnosi mi się przyrodzenie - gaszę kiepa w popielniczce dłużej nie zwlekając. Podchodzę i zaczynam nawijać, reszta robi się sama. Tak się poznaliśmy, jak można dostrzec na fotografii wszystko z czasem przeszło na związek. Taa... Zajebiste chwile przez pierwsze dni, plany i inne tego typu teraz już nic nie znaczące sprawy. Związek z tą laską przyprawił mnie o ciągłe kłótnie z Ghasty'm i kilkoma czarnuchami z rodziny. Między innymi Thug'a czy też Lazy'ego. Coś mi odjebało... przyszedł taki dzień, że chciałem wjebać sobie kose prosto w serce, ponadto chciałem pozbawić życia obu czarnuchów - raz na zawsze zakończyć to na co dotychczas pracowałem. Przez jedną laske, czaicie ? Czy to był błąd ? los tak chciał, a ja się powstrzymałem... Dzisiaj nie zawahałbym się, jeśli chodzi o tych czarnuchów. Laska rozpłynęła się w powietrzu a zaraz po niej Lazy' i Thug' - jakiś czas później. Do dzisiaj nie wiem co się z nią stało, czy oni mięli z tym coś wspólnego ? Thug' "Kiedyś brat, teraz wróg" - tak nawijał Świętej Pamięci Smoky' - czarnuch z osiedla. Thug' zabrał dupe z osiedla i przeniósł się na drugą stronę kanałów... Do dzisiaj twierdząc, że tamta ekipa jest po prostu lepsza. Lazy' podobnie, do dzisiaj zamieszkuje drugą stronę kanałów i skurwiel jest z siebie dumny... Przechodzę do następnej zaskakującej części mojego życia - jakiś czas później po tych wykręconych wydarzeniach dowiaduje się, że mam syna. Czaicie ? nazywa się Nate Williams, ay! Nawet nie ma mojego nazwiska, nie wiedziałem co mam w tamtym momencie myśleć. Wstaje rano, dzwonek do drzwi - przed nimi stoi młody czarnuch i nawija do mnie Tata. Pojebana sprawa... Jednak nie zostawiłem go, zamieszkał pod moim dachem - wybrał własną drogę, mimo; że nalegałem... synu nie pozwolę, żebyś wjebał się w to samo bagno.
Filmiki, mojej produkcji.
Użytkownik STILLER edytował ten post 16/03/2016 - 18:07



