Największa faza, hmmm. Raz ośmieszyłem pewnego typa. Chciał się ze mną bić, coś tam go słownie podpuszczałem cały czas. W końcu nie wytrzymał i ruszył na mnie, najlepsze że działo się to na szkolnym dziedzińcu. Odwróciłem się i zacząłem tak śmieszne podskakiwać, że niby uciekam. On stał trochę dalej, więc zanim do mnie podszedł odwróciłem się, on w miarę szybkim krokiem do mnie doszedł i chyba chciał mnie uderzyć, w sumie nie wiem co chciał zrobić. Było mokro bo wcześniej padało, podszedł do mnie, zamachnął się i poślizgnął na mokrej nawierzchni, wywrócił się na plecy i uderzył głową o beton. Zaćmiło go to na tyle, że przez pół minuty nie mógł się podnieść z ziemi. Najlepsze jest to, że cała szkoła na to patrzyła a ja zaśmiałem się i krzyknąłem, że nawet nie musiałem go dotykać i sam się znokautował. Ogólnie dużo śmiechu było, jemu nic się nie stało. Nie zapomnę chyba tego do końca życia.