Joe to młody, przystojny chłopak. Wygląda na niewinnego i bezbronnego, ale ma wiele za uszami, był zatrzymywany wiele razy przez Policję w różnych miastach. Miał on młodszego brata, ale niestety... zmarł w wypadku samochodowym, Joe początkowo się tym długo zamartwiał ale jego twarda ręka spowodowała, że w miarę szybko mu to przeszło. Joe Cerri nie ma szansy na dobry zawód, między innymi przez to, że nie może dostać dokumentu udowadniającego jego niekaralność, o służbach mundurowych może pomarzyć, ale i tak raczej nie wkroczył by do tego "Bagna", woli zarabiać swoim tokiem, nie zamartwiając się przy tym innymi problemami. Mr. Cerri jest uważany za "wolnego życia" nie musi nic, nie idzie do pracy za często, po prostu traktuje swoje życie na luzie. To jego Motto! A oto jego historia:
Początek Mojej Historii: Cześć, jestem Joey. Początek mojego życia zaczął się w Liberty w jednym z tutejszych szpitalii, dzień moich urodzin moja matka określa jako "wielki cud". Pewnie dlatego bo moi rodzice mieli wielki problem z dziećmi, mój Ojciec miał problemy z alkoholem i nie chciał mieć "bahorów". Dopiero po kilkuletniej kuracji tato chciał mieć dzieci i udało się! Urodziłem się ja, miałem duże oczy, małe nóżki i małe rączki - Tak opowiadała mi Matka o mnie. Byłem niesamowity, aż chciałoby się powiedzieć że idealny, moje pierwsze lata życia spędzałem neutralnie, trochę się bawiałem, trochę coś... coś tam... Normalne życie małego dziecka, aż do momentu mojego pierwszego "przypału". Byłem w ostatniej klasie szkoły średniej, mój kolega zabrał mi parę moich nowych adików, bardzo mnie to wkurzyło do takiego stopnia, że nie zawachałem się go pobić! niestety ale zrobiłem to zbyt boleśnie, dostał kilka razy z nożyczek w głowę, nie wiem co mi do głowy strzeliło, żeby tak robić... Została wezwana policja, moja matka no i oczywiście Ojciec. Następną noc spędziłem w piwnicy, rodzice mnie wypuścili a mnie bardzo kuło sumienie, poszedłem do szpitala, aby go przeprosić. Niestety, ale już nie żył... nie dałem rady, załamałem się. Najgorsze było to, jak teraz wrócić do domu i powiedzieć to rodzicom, gdy wróciłem do domu to usłyszałem głośne "Znowu ten bachor wrócił!", matka do mnie podeszła i krzykliwie się spytała "Jak coś mu się stało, to nie myśl o komputerze!!", nie wytrzymałem i musiałem skłamać, że jest cały i za kilka dni wróci do ładu... To kłamstwo jeszcze bardziej mnie załamało, matka wtedy mnie przeprosiła i kontynuowaliśmy życie. Tydzień później rodzice spytali się mnie jak u tego kolegi, powiedziałem, że nie wiem. to było najgorsze, matka poszła do szkoły i się spytała, powiedziano jej: "On przecież od tygodnia nie żyje", no i się sprawdziło "Kłamstwo ma krótkie nogi", wiedziałem że nie warto kłamać, znowu rodzice zamknęli mnie w piwnicy, ale zanim to zrobili, zobaczyłem papiery i okazało się, że za bezstresowe wychowanie dostają $1,000 tygodniowo, strzelił mnie szlak i nie mogłem dłużej.
Życie bez rodziców: Po ucieczce miałem wyrzuty sumienia, chociaż ucieczka była bardzo profesjonalna, nie sądziłem że uda mi się to zrobić... Po ucieczce skończyłem na boku szkołę i ukrywałem się przed rodzicami, słyszałem że przez to, że już nie mogą na mnie zarabiać zbankrutowali i ledwie żyją. Ja żyłem jak król! Bezinteresownie i na luzie, zarabiałem powoli i dyskretnie, mimo tego że musiałem każdy krok monitorować, to podobało mi się to! Kilka lat później... (...) ... Zarobiłem w końcu na bilet w jedną stronę, to co było za mną się kończy, spaliłem wszystkie papiery które miały na sobie moje nazwisko, od dzisiaj przedstawiam się zawsze jako Joe Forsell, pokazuję idealnie podrobiony identyfikator, to jest życie! Na łomży! Przyszedł czas lotu, odlatuję z tego przeklętego miasta! Bye, bye Liberty!
Witaj, nowy świecie! Ahh.. po tych kilku dniach podróży w końcu! Los Santos, miejsce piękne i niesamowite... oby żyło mi się tutaj jak najlepiej, dostałem już pracę, mój podrobiony identyfikator zadziałał, chyba naprawdę dobrze go podrobiłem. Zobaczymy co przyniosą kolejne dni...
Dni mojej historii. (Będą Aktualizowane!)
21-05-2018r. - Ten dzień zaczął się niewinnie, zdobywałem powoli prace aby zarobić na życie w tym świecie. Co najlepsze poznałem swojego kumpla z lat dzieciencych - Szkoły Średniej, oczywiście poszliśmy razem na piwo, trochę za dużo się napiłem i zacząłem bełgotać, ktoś z lokalu zadzownił na policję, zebrali mnie. Naszczęście wypuścili po kilku godzinach bo w miarę szybko ztrzeźwiałem.
22-05-2018r. - Wstałem z rana i odrazu ruszyłem na miasto, jak zawsze szukałem trochę roboty a tu.. a tam... żeby przynajmniej w jakimś sensownym stopniu zarobki były, bo za marną stówkę dziennie nie będę się marnował, spotkałem dzisiaj Sergio Simpson, spoko ziomek. Prawie taki jak ja, od teraz jesteśmy ziomeczkami, podobno chodził do tej samej szkoły co ja, ale do innej grupy... Dzisiaj znalazłem taaaką foczkę, próbowałem ją trochę zabajerować, ale się nie udało. Typiara miała chłopaka walecznego jak Tyson no i cały plan psu w dupę, ale co... Może jutro się uda.
23-05-2018r. - Dziś spotkałem się z moimi ziomkami, ruszyliśmy w miasto i jak zawsze napiliśmy się browarów, czyli to co lubimy najbardziej, najbardziej też lubimy przepijać całą wypłatę, nie inaczej było dzisiaj. Ale to nie był zwykły dzień, przejeżdżając ulicą zobaczyłem kilka radiowozów, karetkę i chyba federalnych... Nie wiedziałem o co chodzi, podszedłem i okazało się, że zmarł mężczyzna... był w ciemnym worku, z tego co mówili funkcjonariusze - To chyba Clark DiMartino. Jakiś dziadek, niestety nie zdążyłem na całe wydarzenie, był on już zapakowany do wora. Straszne przeżycie, ale niestety takie sytuacje zdażają się po ludziach, oby mniej takich! Złapać tych, którzy tak robią!
20-10-2018r. - Minęło prawie pół roku od momentu kiedy opuściłem rodziców, to pewnie jest dla nich koszmar, ich jedyne dziecko tak po prostu zniknęło. Niesamowite, że jeszcze wytrzymuje bez nich... kiedyś popadł bym w koszmar po takim czasie, oni pewnie myślą że zostałem porwany i już dawno nie żyję. Los Santos jest bardzo oddalone od Liberty, raczej to niemożliwe żeby mogli mnie tutaj znaleźć! Czas skończyć z przykrywką, od teraz jestem Joe Cerri i tyle, przykrywka jest dla słabych. Moje życie potoczyło się bardzo dobrze, mieszkam w pięciogwiazdkowym hotelu w centrum LS, wszędzie mam blisko, wygodę w życiu. Posiadam swój własny środek transportu, ciekawe co przyniosą mi kolejne dni, czy wzbije się do góry czy upadne na samo dno?! W moim przypadku wszystko jest możliwe.
30-10-2018r. -Boże, ten czas płynie tak straszliwie szybko, niedługo kończy się miesiąć i zacznie następny. Dziewiątego listopada kończę swoje dziewiętnaste urodziny, nie wiem z kim je spędzę ani w jaki sposób, ale pewnie się nachleję i tyle będzie z mojej imprezy. Jutro uroczystość Wszystkich Świętych, dzięki temu przypomniałem sobie o tym dziadku który zmarł pięć miesięcy temu, to było straszliwe wydarzenie, jutro kupię znicz, może kwiaty i postawie na grobie tego dziadka, chwila.. jak miał na imię? A no tak! Clark DiMartino. Chciałbym aby na tej uroczystości ktokolwiek coś położył na jego grobie. Kiedy ostatnio byłem obok jego grobu to zobaczyłem coś strasznego, jego grób był najtańszy z najtańszych, a do tego nawet jednego znicza na nim nie było. Na innych było minimum kilka zniczy i bukiet kwiatów w wazonie. Nie zostawię tego tak, mimo że nawet z nim nie rozmawiałem, to pomogę mu. Nie wiem gdzie są jego bliscy, albo go nienawidzili albo po prostu nawet nie wiedzą o jego istnieniu, może to imigrant z bardzo daleka... nie mam pojęcia. Jutro zrobię to aby jego dusza spoczywała w pokoju, każdy ma do tego prawo i powinno tak być z każdym.
02-11-2018r. -Uczyniłem to, co miałem uczynić... czyli odłożyć kwiaty na nagrobku zmarłego Clarka. Niestety wczoraj nie mogłem przyjść, w samo święto bo miałem dużo obowiązków na głowie. Lepiej później niż wcale, mam nadzieję że jest tam na górze i jest ze mnie dumny. Zbieram coraz więcej pieniążków, już niedługo będzie mnie stać na jakieś autko którym będę mógł śmigać i śmigać. Jedyne co jest mi potrzebne do szczęścia to spokój, nie wiem czy dobrze uczyniłem, że nazwisko Cerri pozostawiłem bez jakiejkolwiek zmiany, może nie powinienem tego robić. Moi rodzice mogą mnie znaleźć w każdej chwili. Takie życie ze strachem jest niesamowitę, chyba mam naprawdę mocną psychikę, że zabiłem człowieka i okłamałem tym samym rodziców, po czym uciekłem od nich. Należało im się, dobrze zrobiłem. Oni zarabiali na bezstresowym zachowaniu, którego oczywiście niema... zamykali mnie nocami w piwnicy, to źli ludzie i nie powinienem im ufać.
07-11-2018r. - Dzisiejszy dzień zaczął się bardzo dziwnie, obudziłem się i odrazu ruszyłem na miasto. Spotkałem na mieście jakiegoś typka, powiedział że ma dobry towar i postanowiłem, że od niego trochę zakupię. Obudziłem się pod latarnią i byłem zszokowany, poszedłem do szpitala i wziąłem parę leków uspakająjących. Udałem się do bankomatu i okazało się, że nie było w nim ani grosza, koszmar! Co ja teraz zrobię?! Nie mam pojęcia, chyba muszę zarabiać od nowa... już nigdy nie popełnię tego błędu.
08-11-2018r. - Podjąłem decyzję, żegnam się z Los Santos, przez stracenie moich pieniędzy odechciało mi się tutaj żyć, już kupiłem lot i wylatuje. Po tylu miesiącach w końcu zobaczę się z rodzicami i zobaczę co u nich, żegnaj Los Santos. (Ciąg dalszy wEPISODE. Liberty City)
23-11-2018r. -Wróciłem do tego miasta, ani trochę tego nie żałuję, dzisiaj przytrafił mi się straszny wypadek. Zostałem dotkliwie pobity, kiedy się ocknąłem poszedłem do apteki gdzie zemdlałem, straciłem oddech i puls, krew zaschnęła w moich ustach, twarz zrobiła się blada ale przeżyłem dzięki Bogu, od teraz jestem ściśle wierzący, wiem! to kara boska za zabójstwo moich rodziców, nie zmarnuję tej szansy, idę do spowiedzi... być może moje grzechy zostaną wybaczone.
25-11-2018r. - W końcu zakupiłem moją bestię, Freeway. Jaki on przepiękny! Teraz mijam zachód słońca na tej bestii... po prostu piękne, ehh... mój emperor został w Liberty City, no cóż... trudno. Liczy się to, co teraz, tego emperora może ktoś sobie ukraść, ale freeway'a nie oddam nikomu, teraz to moje oczko w głowie.
24-12-2018r. - Miesiąc temu zostałem okradziony z mojego Freeway'a, moje kluczyki i wzywania policji na nic się nie zdadzą... cały mój majątek tak po prostu przepadł, no trudno... żyje się dalej. A może i nie, nie wiem czy warto... ponad rok życia zarabiałem na to co miałem, to wszystko się skończyło, to wszystko już niema sensu, nawet dzisiaj w dzień wigilii nikt mnie nie zaprosił do domu, wszystko mnie odtrącają, nikt mi nie chce dać czegokolwiek, mówią na mnie "menel", czas przejść na inny, lepszy świat. Zasłużyłem na to, to kara boska. Zabiłem rodziców z zimną krwią. Nadszedł mój kres.
The End: Joe Cerri zmarł dwudziestego piątego października około godziny dwudziestej pierwszej w wyniku samobójstwa, powód śmierci to skok z dużej wysokości.
EPISODE.Liberty City
Spoiler
Rozdział I.
Spoiler
W końcu wróciłem tam, gdzie zacząłem! Liberty City! To miasto kwitnie i nadal się rozwija, czas pójść do moich rodziców, wszystko wydałem na bilet i nie mam pieniędzy na taksówkę. Ciekawe co u Mamy i Taty, co u nich i jak żyją i radzą sobie beze mnie, mam nadzieję że przez moją nieobecnośc nie zrobili czegoś głupiego.
(Godzinę później)
Jestem już pod domem moich rodziców, ale cóż trzeba to w końcu zrobić. Zapukam do nich, mam nadzieję, że mnie nie odrzucą.
** Joe Cerri puka do drzwi **
** Elisabeth otwiera drzwi i robi duże oczy ze zdziwienia **
Elisabeth: Boże! Synku! Coś ty robił przez te miesiące, myśleliśmy z tatą, że nie żyjesz. *Płacze*
Joe: Mamo, ja przepraszam! Ale nie mogłem po tym wszystkim dojśc do siebie i wyleciałem do Los Santos, spędziłem tam kilka miesięcy ale okradli mnie i wróciłem tutaj, abyście mi pomogli... jeżeli nie chcecie to mogę sobie po prostu pójśc, nie musicie.
Elisabeth: Nie gadaj tylko wchodź, na dworzu jest zimno. **Wpuszcza Joe do środka i zamyka drzwi, po czym prowadzi go do kuchni i siada przy stole**
** Joe wchodzi do domu i siada przy stoliku. **
Joe: Gdzie jest tata?
Elisabeth: Tata po twojej stracie jako jedyny zachował zimną krew, niestety ale przez to że odszedłeś nie dostawaliśmy piniędzy co miesiąc i Henry musiał znaleźć pracę, wróci rano... wtedy z nim porozmawiasz.
Joe: Okej, jestem bardzo zmęczony, mogę iść spać?
Elisabeth: Synku, przecież to twój dom, możesz iść spać kiedy chcesz.
Joe: Mamo, jeszcze jedna sprawa.
Elisabeth: Tak synku?
Joe: Jutro mam urodziny, wiem... nie musisz robić przyjęcia ani nic, możemy spędzić te urodziny rodzinnie.
Elisabeth: Dobrze, jak tata wróci to się zdziwi jak mu powiem, że wróciłeś.
** Joe bierze walizkę w dłoń i idzie w stronę swojego pokoju, odkłada bagaż w kącie, po czym [...] **
** [...] kładzie się na łóżku i rozmyśla. (Joe Cerri) **
Rozdział II.
Spoiler
** Joe Cerri budzi się i rozgląda po pokoju **
Joe: Czyli jednak to nie był sen, już nie jestem w pokoju hotelowym tylko we własnym domu, pójdę sprawdzić co się dzieje na dole, ale najpierw się ubiorę.
** Joe Cerri otwiera szafę, bierze swoją bluzę z kapturem i nakłada na siebie [...] **
** po czym otwiera drzwi i schodzi na dół po schodach (Joe Cerri) **
Elisabeth: Henry, spójrz kto wrócił!!
Henry: Synu, dlaczego Cie tyle nie było?
Elisabeth: Henry, uspokój się... to przecież nasze jedyne dziecko.
Henry: Nie będe się uspokajał, niech bachor wie, że nie ze mną te gierki i ma się słuchać Ojca!
Joe: Tato, Mamo... Cześć.
Elisabeth: Zjedz coś synku, po takiej podróży musisz być głodny **wskazuje palcem na lodówkę**
** Joe Cerri podchodzi do lodówki, po czym otwiera ją i wyjmuje ser, podchodzi do chelbaka z którego [...] **
** wyjmuje chleb i odkłada na stole, bierze ser i nakłada na kanapkę (Joe Cerri) **
Elisabeth: A masło to co?
Joe: Mamo, przyzwyczaiłem się do jedzenie bez masła.
Elisabeth: Nie ty i nie w moim domu. **Wyjmuje masło z lodówki, po czym nakłada je nożem na kanapkę**
Joe: Mamo! Ale ty jesteś uparta! **zaczyna zajadać się powoli kanapką**
Henry: Jak się do matki odzywasz?!
Elisabeth: Henry, daj dziecku spokój... nie jesteś chociaż trochę dumny, że pół roku bez nas sobie poradził?
Henry: Mój Ojciec nawet by mnie nie wpuścił do domu po takim wybryku.
Elisabeth: Boże, Henry ty się zatrzymałeś tak dawno temu, teraz to normalne... chłopak tego widocznie potrzebował.
** Milczy (Joe Cerri) **
Henry: Czemu milczysz?!
Joe: Nie mogę z wami wytrzymać. **Odkłada kanapkę na talerz i wychodzi na dwór i odpala papierosa.**
Henry: Ty jebany bachorze! Jeszcze palisz?! **łapie Joey'a za szmaty i próbuje wyprowadzić na ulicę**
** Joe szarpie się, jednak w ostateczności ulega Ojcowi (Joe Cerri)**
Henry: I żebym Cię tu więcej nie widział!!
Elisabeth: Ty idioto, nic się nie zmieniłeś?! Co zrobiłeś z naszym synem?!
Henry: Nie będę tego tolerował.
** Joe Cerri odchodzi, spoglądając za siebię **
Joe: Boże co za idiota, zresztą po co tu wracałem... czego ja się spodziewałem, nawet w dzień moich urodzin mogą zrobić coś takiego, pieprzyć ich!
(Kilka godzin później)
** Joe natyka się na bezdomnego (Joe Cerri) **
Bezdomny: Hej, dasz pieniądza?
Joe: Niestety, ale nic nie mam. Znalazłem się w identycznej sytuacji co ty.
Bezdomny: Rozumiem, tak to bywa... Jak chcesz to możesz zamieszkać ze mną.
Joe: Boże, dziękuję... a tak w ogóle to jestem Joe.
Bezdomny: Jestem Benjamin, miło poznać.
** Benjamin prowadzi Joe'go przed soba, po czym pokazuję dom. **
** Dom jest wykonany z blachy na dachy, w środku brudna kładka z poduszek. (Benjamin) **
Joe: Jak ty tutaj żyjesz?
Benjamin: A wiesz... trochę grosza znajdę to coś sobie kupię. **Pokazuje puszkę**
** W puszce znajduje się około $25,00 (Benjamin) **
Joe: Całkiem niezła sumka, myślę że starczy. A tak w ogóle to dlaczego mi ufasz tak odrazu?
Benjamin: Słuchaj, w tym mieście niema za dużo godnych zaufania bezdomnych, reszta to pijacy a ty jako jeden z tych "nowych" jeszcze nie przepłakujesz życia w browarach, ja jakoś normalnie się zachowałem i przetrwałem, chcę teraz pomóc tobie.
Joe: Rozumiem, bardzo Ci dziękuję. Naprawdę dużo to dla mnie znaczy.
Benjamin: Widzę, że masz zegarek. **Spogląda na zegarek Joey'a**
Joe: Tak, to taki budżetowy Casio, kupiłem jak byłem na zachodzie.
Benjamin: Wow, to niesamowite, możesz mi powiedzieć która jest godzina?
Joe: Już mówię, jest 15:35. **Powiedział spoglądając na zegarek na lewej ręce**
Benjamin: To mamy jeszcze dużo czasu na łowy, chodźmy się przejść może coś dadzą, dla pewności pójdziemy w dwóch różnych kierunkach.
Joe: Okej, mi to pasuje!
(Trzy godziny później)
** Joe Cerri wraca cały brudny do chatki i siada w oczekiwaniu na Benjamina **
** Benjamin przychodzi i spogląda na Joe'a. **
Joe: ile masz?
Benjamin: Dwadzieścia pięć dolków.
Joe: Kurde, dobry jesteś mi po dolarówce dawali, mam tylko sześć dolków.
Benjamin: To dobrze, teraz idź spać a jutro z rana pójdziemy do sklepu.
** Joe Cerri kładzie się na łóżku **
Rozdział III.
Spoiler
(Joe obudził się rano, wziął całe pieniądze z puszki i uciekł od Benjamina, kilkanaście minut później poszedł do sklepu)
Joe: Dzień dobry, poprosze nową bluzę "Rockstar".
Kasjerka: Okej już podaję. **udaje się na magazyn, bierze opakowanie z nową bluzą i podaje ją Joey'owi.**
Joe: Dziękuję, miłego dnia. **odbiera bluzę od kasjerki i podaje pieniądze z puszki.**
** Benjamin wchodzi do sklepu **
Benjamin: Więc tutaj jesteś, dlaczego mnie okradłeś i zabrałeś pieniądze?!
Joe: Ale Ben, o co Ci chodzi?
Benjamin: Jeszcze się pytasz o co chodzi? Ty skurwielu!
** Benjamin rzuca się na Joey'a **
** Dochodzi do bójki pomiędzy nimi (Benjamin) **
(Doszło do bójki pomiędzy Benjaminem a Joey'em, po kilku minutach walki wygrał Joe)
(Joe Cerri po kilku minutach drogi postanowił, że okradnie jakiś dom)
** Joe Cerri wchodzi do domu przez okno i odrazu udaje się do kuchni [...] **
** [...] po kilku minutach poszukiwań odnalazł nóż, latarkę oraz trochę pieniędzy i uciekł z domu (Joe Cerri) **
Joe: Dobra, zdobyłem już jakąś broń, mam już plan...
(Joe Cerri zakradł się pod chatkę Benjamina i zaczął ją oglądać zza rogu)
Joe: Poczekam, aż ten skurwiel wróci. Napadnę go po raz kolejny, niech gryzie piach.
** Benjamin podchodzi do chatki, kładzie się obok niej łapiąc się za bolące czoło **
Benjamin: Niech zdechnie niewdzięcznik.
** Joe Cerri wybiega zza rogu i atakuje Benjamina **
Benjamin: Ty skurw...
** Joe Cerri wbija Benjaminowi nóż prosto w głowę **
Joe: Jebany brudas. **Przeszukuje go dokładnie**
** Joe znalazł $23,00, oraz stary skórzany portfel **
Joe: No to mam jakieś trzydzieści dolków, wystarczy.
(Joe udał się na ulicę, spotkał kolesia który mu coś zaproponował)
Nieznajomy: Hej! Ty! Chcesz do nas dołączyć?
Joe: Ale o co chodzi? Kim wy jesteście?
Nieznajomy: Jesteśmy ścigantami.
Joe: Chętnie ale nie mam fury.
Nieznajomy: Spoczko, furkę Ci ogarniemy, umiesz jeździć?
Joe: No umiem... kiedyś się uczyłem.
Nieznajomy: Dobra, to wsiadaj, a przy okazji jestem Leo.
Joe: Okej, Leo. Ja jestem Joe.
Leo: Dobra, to wsiadaj. **Otwiera kluczykami Elegy**
Joe: No nieźle, nieźle...
Leo: Wiem, pojedziemy do naszej siedziby, musisz poznać szefa.
(Po kilkunastu minutach Leo wraz z Joey'em dojechali do siedziby ścigantów)
Leo: Teraz poznasz naszego szefa, tylko nie mów nic obraźliwego bo Cię odpierdoli.
Joe: No okej, trochę się stresuje.
** Joe, wraz z Leonardem wszedli do budynku w którym był jakiś czarnoskóry mężczyzna. **
Joe: W-Witam.
Nieznajomy Afro-Amerykanin: Witaj, jak się nazywasz?
Joe: Jestem Joey.
John: Jestem John Brown, mów mi "JB".
Joe: N-No, okej.
** John Brown wygląda na około czterdziestu lat (John Brown) **
John: Dobrze, Joe. Wszystko o tobie wiem, nie musisz mi nic mówić, załatwiliśmy Ci już autko, więc o to się nie musisz martwić, ten czarno-biały Phoenix jest mój.
Joe: Okej, John.
John: Chciałbyś się na kimś zemścić, Joe?
Joe: Tak, chciałbym się zemścić na Rodzicach, najlepiej ich zabić.
John: A co oni Ci takiego złego zrobili?
Joe: Zamykali mnie i tyrali, mój Ojciec to jebany pijak.
John: Dobrze, możemy się ich pozbyć, masz jakieś rodzeństwo?
Joe: Mam starszego brata, Jeffrey'a.
John: Jego też zabić?
Joe: On nie żyje, jako jedyny był normalny.
John: A okej, przepraszam, Jeżeli chcesz Joe to możez u nas spać, na górze jest łóżko.
Joe: Mam jeszcze jedno pytanie.
John: Słucham?
Joe: Chciałbym się czegoś o tobie dowiedzieć.
John: Dowiesz się w swoim czasie, teraz pojeździmy, zobaczymy co potrafisz.
Joe: No okej, ale nie mam furki.
** John Brown rzuca w stronę Joey'a kluczyki **
John: Pojeździsz Phoenixem.
Joe: Wow, dzięki!
(Joe Cerii poszedł pojeździć autem, wrócił po pół godzinie i oddaj kluczyki John'owi.)
John: Czyli mogę tobie ufać, już Ci opowiadam.
Joe: Okej, zamieniam się w słuch.
John: Urodziłem się w mało zamożnej rodzinie w Los Santos, za młodości dołączyłem do gangu Blue Angels Fammilies, było tam dobrze. Za tych czasów miałem kolegę Mike'a West'a. Niestety ale umarł podczas potyczek, lecz wcześniej powiedział mi o swoim kuzynie, Johnwoi. Poznaliśmy się i bardzo uradowaliśmy, miałem już wtedy trzydzieści siedem lat ale ukrywałem to przed nim, powiedziałem, że mam tylko dwadzieścia. Dowiedział się i mnie odrzucił, ja wyleciałem do Vice City, gdzie sobie dorabiałem, wróciłem do Los Santos i kupiłem tam auto i zostałem tam kilka lat, podczas pobytu poznałem tam kobietę w której się zakochałem, była w ciąży. Przeraziłem się i uciekłem tutaj. Tak było.
Joe: Bardzo interesująca historia.
John: Dobra, możesz pojechać gdzie chcesz. Masz tutaj kwit. **Podaje Joey'owi $5,000**
Joe: Dziękuję, też bywałem w Los Santos. Niestety ale nie udało mi się tam wzbogacić.
John: Tam się nie wzbogacisz, od tego jest Vice albo Liberty, Santos to miejsce dla ludzi którzy mogą próbować ale sukcesu tam nie osięgniesz niestety.
Joe: Okej, apropo twojego syna...
John: Tak, to było głupie, że ich opuściłem, ale to było dawno temu. Joey ma pewnie teraz z dwadzieścia lat.
Joe: Joey?
John: Tak, nazwałem syna Joey, co za zbieg okoliczności.
Joe: No, naprawdę to niesamowite.
John: Dobra, Joe. Pojedz i kup coś sobie za te pięć kapci, Leo Cię zawiezie.
Joe: Leo!!
Leo: Tak? Joe.
Joe: Zawieziesz mnie tam gdzie mogę kupić auto?
Leo: Pewnie, ile masz kwitu?
Joe: Pięć kafli.
Leo: No to na coś starczy, wsiadaj.
(Leonard, wraz z Joey'em pojechali do salonu samochodowego.)
Rozdział IV.
Spoiler
(Po jakimś czasie Leonard wraz z Joey'em dojechali do salonu samochodowego, Joey odrazu do niego wszedł)
** Joe Cerri podchodzi do kasjerki.
Joe: Dzień dobry, chciałbym zamówić jakieś auto.
Kasjerka: Dobrze, jakie to będzie auto?
Joe: No nie wiem, może by mi Pani poradziła.
Kasjerka: Dobrze *wzięła spod lady notatnik, zaczęła na nim pisać*, co Pan bardziej woli? Wygodę i komfort czy może wydajność.
Joe: No chyba raczej wydajność - coś taniego i w miarę szybkiego mnie interesuje.
Kasjerka: W jakim zakresie pieniężnym?
Joe: Pięć tysięcy.
Kasjerka: *wyjęła spod lady dokument, dokładnie go przejrzała*, nie mamy dużo propozycji w takim zakresie.
Joe: Yhm.. no nie wiem... jest jakiś sposób?
Kasjerka: Ewentualnie jeżeli chce Pan używane auto, mamy kilka na stanie, ale do pięciu tysięcy mamy tylko jeden punkt.
Joe: To co tam jest?
Kasjerka: Clover za dwa tysiące, kilkaset tysięcy przebiegu, trochę rdzy.
Joe: Nie.. nie.. coś w lepszym stanie.
Kasjerka: Może emperor, jest prawie nowy, oddał nam go właściciel - podobno nieudany prezent dla dziecka.
Joe: Skoro prawie nowy, to ile kosztuje?
Kasjerka: Pięc tysięcy.
Joe: A nowy?
Kasjerka: Ponad sześć tysięcy.
Joe: No dobra, to ja już wezmę tego emperora.
Kasjerka: Auto używane, więc nie musimy zamawiać - proszę podpisać papiery i już może Pan go brać.
** Joe Cerri wziął długopis, podpisał się czytelnie w kilku miejscach na umowie.
Kasjerka: Gotowe, auto jest już Pana. **wyjęła kluczyki spod lady, odpięła haczyk z numerek i podała Joey'owi**
Joe: Dziękuję. **odebrał kluczyki od kasjerki**
Leo: No to jak, Joey? Możemy jechać?
Jeo: Jeszcze jedno pytanko, gdzie znajduje się samochód?
Kasjerka: Znajduje się na magazynie.
Joe: Dobrze. Leo! Możemy ruszać.
(Leonard wraz z Joey'em pojechali na magazyn.)
Leo: To chyba ten twój! *wskazał na czarnego emperora*
Joe: Świetny, co nie? Niema w ogóle rdzy.
Leo: Ale pamiętaj, to i tak stare autko.
** Joe Cerri wysiadł z auto i pobiegł do emperora, otworzył go kluczykami i wsiadł - odjechał.
Leo: No i odjechał, mam nadzieję że się nie zgubił.
(Kilkanaście minut później)
** Joe Cerri wysiada z autka, zamyka go kluczykami i biegnie w stronę bazy - wchodzi do środka.
Joe: John! Kupiliśmy autko!
John: Świetnie, jakie to autko?
Joe: Emperor, czarny lakier - ależ on się błyszczy.
John: Ehh... za moich czasów to za taką sumkę można było kupić coś lepszego, ale dobra - niech Ci będzie.
Joe: Zobacz go tylko, to świetne autko.. a jakie szybkie!
John: Dobra, Joe. Pójdź spać... później pogadamy.
(Następnego dnia)
John: Joe!!
Joe: Co jest?!
John: Mam dla ciebie dobrą wiadomość!!
** Joe Cerri schodzi na doł, rozgląda się po domu.
Joe: O co chodzi?
John: Dzisiaj był u mnie dobry kolega - jutro otworzą nielegalne wyścigi.
Joe: Ale...
John: żadnych ale, musisz wziąść udział, to twój czas.
Joe: No nie wiem, mam średnią furkę.
John: Spokojnie, wszystko Ci objaśnie... mam na nich świetny plan.
Rozdział V.
Spoiler
(Następnego dnia)
John: Joe!! To dzisiaj!!
** Joe Cerri schodzi po schodach i spogląda na John'a**
Joe: No... jestem.
John: Dzisiaj ten wyścig, jesteś gotowy?
Joe: Całe życie! Jedźmy... gdzie jest Leo?
John: Nie wiem, poszukam go.
** John Brown wychodzi z budynku, rozgląda się po dworzu **
** Leonard jest oparty o swoje Elegy (Leonard) **
John: No Leo! to dzisiaj!
Leo: O! Cześć John, joey jest gotowy?
John: Mówi, że jest... chodźmy.
** John Brown wraz z Leonardem wszedli do budynku (Leo & John) **
Joe: To o której ten wyścig?
John: Za pół godziny, powinniśmy już ruszać.
Leo: Dobra, to może jedźmy.
(Leonard, John i Joey wyszli z budynku, po czym udali się do swoich samochodów. John - Phoenix, Leo - Elegy, Joe - Emperor)
(Pół godziny później, emperor jest na starcie, wyścig rozpocznie się za kilka minut)
** John Brown podchodzi do czarnego Emperora, puka w szybę **
** Szyba się uchyla (Joe Cerri) **
John: Joey - Pamiętaj. Nie ścigaj się na hama, nie taranuj. Jeździł bezpiecznie i szybko. Szkoda auta.
Joe: Dobra, wszystko wiem! **trzyma łapy na kierownicy**
John: No dobra, mam nadzieję że sobie poradzisz.
** John Brown odchodzi od samochodu, wchodzi na trybuny, spogląda na auta w wyścigu **
(Rozpoczął się wyścig, kilka minut później Joe Cerri jest na jednych z ostatnich pozycji, przegrywa wyścig na ostatniej pozycji)
** John Brown wychodzi z trybun podchodzi do auta **
John: Mówiłeś, że jesteś gotów.
Joe: To był zbyt krótki czas przygotowań, nie udało się - ale furka chociaż cała.
John: No dobra, może następnym razem się coś uda.
Joe: No zobaczymy.
(John, Joe oraz Leo wsiedli do swoich aut i pojechali do domu)
Rozdział VI.
Spoiler
(Kilkanaście minut później, ekipa dojechała do bazy)
** Leonard wychodzi z auta podirytowany, podchodzi do czarnego emperora **
Leo: Kurwa, coś ty odjebał?!
Joe: Przepraszam... j-ja po prostu...
Leo: Co kurwa po prostu?! Na ostatniej pozycji? Ty zjebie! Tam były clovery i intrudery... jak mogłeś to przegrać?
John: Leo - uspokój się.
Leo: No ale jak on to zrobił, to idiota!
John: Przestań, każdemu się mogło zdarzyć - chłopak się zestresował.
Leo: No dobra... przepraszam... ehh...
John: Chodzcie do bazy, wszystko wam opowiem...
(Cała ekipa wszedła do budynku)
Joe: O co chodzi, John?
John: Kolejne zawody są za dwa dni.
Joe: Nie ma mowy, nie będę jechał na nie - dlaczego ty nie możesz w nich wziąść udział?
John: To zawody dla młodzików, takich jak ja już nie wpuszczają.
Leo: Nie mam mowy, ten idiota nie będzie się ścigał.
Joe: Dokładnie, poza tym z idiotom to się ze wzystkim zgodzę - nie będę się ścigał... nie mam umiejętności.
John: Mam znajomego trenera, on wszystkiego Ciebie nauczy.
Joe: Jakiego znowu trenera?
John: Stary wyjadacz... ściganko za kółkiem ma w pałym palcu... ma około osiemdziesiąt lat. To po prostu legenda nielegalnych wyścigów.
Joe: No nie wiem, co to za trener?
John: Ma na imię Albert, zna się na tym co robi.
Joe: No nie wiem, moje auto to słaba rzecz.
John: Pojedziesz Phoenixem.
Joe: Ee... jeszcze raz.
John: Słuchaj, w wyścigu jest do wygrania dwadzieścia pięć patoli, musisz to wygrać.
Joe: Phoenixem, powiadasz?
John: Dokładnie - tak.
Joe: Jeszcze nie miałem styczności z tak potężną mocą.
John: Albert wszystkiego Cię nauczy.
Joe: Niech Ci będzie - co mam do stracenia?
John: No i takie podejście to ja lubię - jedziemy do niego od zaraz.
Joe: No dobra, prowadź emperora. **Rzucił kluczyki w stronę John'a**
** John Brown złapał kluczyki. **
John: Jedźmy.
(Kilka minut później Joe wraz z John'em byli u znajomego John'a)
John: No i to jest właśnie Albert... Albert - poznaj Joey'a.
Joe: Cześć, jestem Joe.
Albert: Dobrze, miło mi Ciebie poznać - Joe.
Joe: Mi również.
John: Albert - musisz nauczyć go trochę sztuczek, chłopak za kilka dni ma zawody i musi się czegoś nauczyć.
Albert: Postaram się - Joe! Chodz na trening!
(Dwie godziny później. Trening Joey'a się skończył. Albert podchodzi do John'a)
Albert: Chłopak ma niezły potencjał. Ma w sobie to coś.
John: Naprawdę? Ostatni wyścig przegrał na ostatniej pozycji.
Albert: Słuchaj, jego talent trzeba oszlifować, chłopak kieruje jak zawodowiec - Ile on ma prawo jazdy? Rok?
John: On nie ma prawa jazdy.
Albert: Aha... Niezły jest.
Joe: **podbiega** I co tam, jak wypadłem?
Albert: Słuchaj, nie jest dobrze... musisz dużo ćwiczyć.
** Joe Cerri odbiega, wsiada do emperora **
John: Dlaczego tak mu powiedziałeś? Tylko będzie miał mniej moblizacji.
Albert: Uwierz mi - wiem jak reagują ludzie w jego wieku na nadmierne przechwalanie się.
John: No niech Ci będzie. Zrób z niego zawodowca.
(Następnego dnia Albert wraz z Joey'em zawzięcie trenują, podczas ich treningu John zaczyna krzyczeć)
John: Joe!!
** Joe Cerri wychodzi z emperora, podbiega do Johna **
Joe: O co chodzi? **dyszy ze zmęczenia**
John: Już jutro są zawody, pamiętasz o tym jakim autem będziesz jechać?
Joe: Pamiętam - nie zawiodę Ciebie, John.
(Joe zaczął bardziej zawzięcie trenować, pod wieczór wsiadł do emperora i pojechał do bazy - poszedł spać)
Rozdział VII.
Spoiler
(Joe Cerri budzi się rano, wsiada do auta po to aby zdążyć na wyścigi - pojechali z nim Leo oraz John, stoi on na starcie, czeka na rozpoczęcie wyścigu. Wyścig się rozpoczyna - Joe jest na pierwszej pozycji.)
Joe: Kurwa, ten fiut chce mnie zepchać. **odwraca się nerwowo do tyłu**
Joe: Cwela rozpierdole!
(Joe zaczął gwałtownie hamować, jeden z rywali zepchnął go i wpadł on do przepaści)
** Joe Cerri budzi się i nerwowo rozgląda **
Joe: Gdzie ja jestem?
Leo: Spokojnie, nic się nie stało - miałeś wypadek.
Joe: To szpital?
Leo: Tak, John jest na Ciebie bardzo zły... rozwaliłeś mu Phoenixa.
Joe: O boże.
Leo: Jutro masz wypis, pojedziemy do niego - musisz coś zaradzić.
Joe: Dobrze, tak zrobimy.
(Następnego dnia Joe otrzymał wypis ze szpitala, wraz z Leonem pojechał do bazy)
** Joe Cerri idzie o kulach w stronę John'a **
Joe: John, ten chuj mnie zepchał... ja nie chciałem.
John: Milcz! myślę.
Joe: No John, przestań!
John: ...
Joe: Ehh... wiem, że ten Phoenix to było dla Ciebie bardzo ważne auto.
John: To był mój cały majątek!! **krzyknął mu prosto w twarz**
Joe: Ale...
John: To było wszystko co miałem!!
Joe: Ja rozumiem...
John: Nic nie rozumiesz.
Leo: Może pojedziemy do organizatora wyścigów, jakieś pieniążki da za to co stało się z Joey'em.
John: Jedźcie.
Joe: No ale chwila...
John: Jedźcie!! **Krzyknął głośniej w stronę Joey'a**
** Joe Cerri zasmucił się, poszedł do Elegy, do którego wsiadł **
Leo: Może pojedź emperorem, nie wiadomo co Johnowi strzeli do głowy - wierz mi. Znam go.
Joe: No dobra.
(Joe Ceri i Leonard pojechali do organizatora wyścigów, rozpoczęli w nim rozmowę)
Joe: Proszę Pana, ale widzi Pan co mi jest?
Organizator: Wszystko widzę, co z nogą?
Joe: Złamana.
Organizator: Nie widzę gipsu.
Joe: Bo to zbyt poważne złamanie na gips.
Leo: Kolega przez jednego z Pana uczestników nie będzie chodził przez ponad rok!
Organizator: Ja nie odpowiadam za uczestników.
Leo: Odpowiada Pan!!
Joe: Leo - spokojnie.
Leo: Przepraszam.
Organizator: Mogę Państwu wypłacić dwa tysiące pięćset dolarów - Pasuje?
Joe: Pasuje.
** Organizator wyjmuje portfel zza paska, wyciąga z niego kilkanaście stówek i podaje Joey'owi **
** Joe Cerri odbiera pieniądze, chowa do kieszeni, wychodzi z lokalu. wyrzuca kule na ziemię **
Joe: Już nie będą potrzebne, tak naprawdę to nic mi nie jest.
Leo: Rozumiem.
(Leo wraz z Joey'em pojechali do domu)
Joe: John! Mamy pieniądze!
John: Ile?!
Joe: Ponad dwa kafle.
John: Trochę mało ale może być - w sumie to się nawet cieszę.
(John, Joe oraz Leo poszli spać)
Rozdział VIII. (Comments)
Rozdział IX. (Comments)
Rozdzał X. (Comments)
((OOC: Cześć, siema! Oto moja druga Biografia na net4game.com mam nadzieję, że wam się spodoba. Tak jak moja poprzednia, również będzie aktualizowana. Ta jest zriobiona bardziej stylistycznie. Zachęcam do komentowania i zgłaszania jakichkolwiek błędów. Postaram się je poprawić i spełnić wasze oczekiwania.))
Użytkownik Sway Official edytował ten post 25/12/2018 - 23:13
Jak dla mnie trochę mało realne, że bezdomny po twoim jednym twoim zdaniu proponuje Ci żebyś z nim zamieszkał albo szef ścigantów od razu się Tobie przedstawia, a dodatkowo Joe zabija bez żadnych skrupułów jak jakaś maszyna.
Do reszty nie mam żadnych zastrzeżeń.
I część z tej całej biografii czyta się naprawdę świetnie
Przyznam się, że w tym trzecim rozdziale trochę za dużo zrobiłem. Bohater uciekł, zabił Bezdomnego, dołączył do ścigantów i poznał ich szefa, pojechał kupić sobie bluzę... zdecydowanie zbyt mało realny ten rozdział, chyba tylko pierwszy jest godny zaufania Postaram się w następnych rozdziałach postawić na realizm, mam już przyszykowany scenariusz na 6 rozdziałów... ale chyba będę musiał go trochę zmienić, Pozdrawiam!
Użytkownik Credo Hemingway edytował ten post 09/11/2018 - 18:52
Leo: Co się drzesz, joey? **wstaje z kanapy, podchodzi do Joey'a**
Joe: Niema moich dwóch kafli.
Leo: Kurwa, gdzie jest John?
Joe: Właśnie go niema.
Leo: Kurwa... chyba zapierdolił Ci tą kaskę po tym jak rozjebałeś jego auto.
Joe: Gdzie on jest?!
Leo: Jeżeli już to by uciekał gdzieś daleko. Vice albo Santos.
Joe: Leo - co ty pierdolisz? Przecież on może się ukrywać wszędzie, w okolicznych wioskach a może nawet być za rogiem - w Liberty.
Leo: Nie będziemy go po całym mieście szukać - on by nie ryzykował, znam go.
Joe: No coż, to musimy coś zrobić...
Leo: Wiesz, że to może być wszędzie, ale on by nie ryzykował, z jego opowieści wynika że bywał w Vice, w Santos się urodził - poza tym miał wyrok kiedyś ale spierdolił skurwiel. Ma on też syna w Santos... mógł się raczej tam udać z pieniędzmi.
Joe: Jakby chciał to by mnie w nocy zabił.
Leo: Wiesz... może ktoś nad tobą czuwać.
Joe: Może to Clark.
Leo: Kto?
Joe: Nie ważne.
Leo: Ważne, ważne... powiedz jego nazwisko.
Joe: Wiesz, chcę to zaufać w tajemnicy.
Leo: Jak chcesz, mój dziadek miał na imię Clark.
Joe: Leo, nigdy nie poznałem twojego nazwiska...
Leo: Jestem Leonard DiMartino.
Joe: O kurwa...
Leo: Co?
Rozdział IX.
Spoiler
Joe: To chyba twój dziadek. Też ma nazwisko DiMartino.
Leo: Nie wierzę Ci, powiedz mi ile ma lat.
Joe: Osiemdziesiąt pięć.
Leo: Kurwa, to chyba mówisz prawdę. Gdzie on jest?!
Joe: On...
Leo: On co?
Joe: Żyje sobie w Los Santos.
Leo: Muszę go zobaczyć! Lecimy do Los Santos.
Joe: Ale chwila. Powiedz mi... jak to się stało?
Leo: Miałem dziewczynę, dziadek był zazdrosny i od nas odjechał, mieszkaliśmy w Vice, do tej pory nie wiedziałem gdzie jest, nie sądziłem żeby odlatywał tak daleko.
Joe: Widzisz... ale...
Leo: Co ale?
Joe: Moi rodzice.
Leo: No, co z nimi?
Joe: Zabić.
Leo: Co Ci zrobili?
Joe: Zabili.
Leo: Joe, uspokój się.
Joe: Sorki, trochę mnie poniosło, mój ojciec wyrzucił mnie z domu, gnębił przez całe dzieciństwo - matka to dziwka, udaje życzliwą ale ma zło pod skrórą.
Leo: Jak chcesz to się z nimi rozprawimy. **Wyjmuje broń zza paska**
Joe: Skąd ty masz tę broń?
Leo: Nie wiedziałeś? Zawsze przy sobie noszę. John chował je gdzieś tutaj!
** Joe Cerri zaczyna przeszukiwać szafki **
** Joe odnalazł broń wraz z dwoma kulkami w magazynku (Joe Cerri) **
Joe: Akurat ich starczy.
Leo: Tylko musisz trafić.
Joe: Spokojnie!
(Leo wraz z Joey'em pojechali do domu rodziców Joey'a - Joe prowadził emperorem)
** Joe Cerri otwiera drzwi, pakuje się do środka i rozgląda po mieszkaniu **
** Elisabeth wychyla się zza rogu (Elisabeth Cerri) **
** Joe Cerri celuje na jej głowę **
Elisabeth: Synku! Boże.
Joe: To koniec mamo, zapłacisz krwią za to co mi robiłaś w dzieciństwie.
Elisabeth: Nie rób tego, błagam! **popada w płacz**
** Joe Cerri strzela, popada po tym w płacz i kładzie się na ziemi ze smutku **
Joe: Jestem pierdolonym potworem! *płacze*
Henry: Czas na Ciebie, pizdo! **Biegnie z nożem na Joey'a**
** Leonard DiMartino wyciąga pistolet i strzela w głowę Henry'ego **
** Joe Cerri popada w większy płacz **
Leo: Joe, idziemy! Zaraz tu będą psy!
Joe: D-Dobrze, ju-ju-już i-idę. *płacze*
(Joe wraz z Leonem pojechali do bazy, Joey przez całą drogę płakał.)
Joe: Kurwa, będę skurwysynem.
Leo: Bredzisz, lepiej pójdz spać - jest już późno.
Joe: No dobra.
** Joe Cerri idzie na górę, siada na łóżku i odpala telewizor **
** W telewizji "Liberty News" jest informacja o poszukiwanym w całym stanie Joe Cerri'm"
Joe: O kurwa!! Leon!! KURWA!!
Leon: Co chcesz, znowu bredzisz!! **Spogląda na telewizor**, o ja pierdole...
Joe: Co teraz zrobimy.
Leo: Chyba już nie masz wyjścia, miejmy nadzieję że jeszcze nikt nie wie, lecimy do Los Santos.
Joe: Ty też?
Leo: Tak, zobaczę się z dziadkiem.
Joe: No dobra, jedziemy!
Leo: Załóż lepiej kaptur, ktoś może Cię rozpoznać.
Joe: Okej. **Zakłada kaptur na głowę**
(Joe wraz z Leonem pojechali na lotnisko)
Rozdział X.
Spoiler
Joe Cerri: Witam, poproszę lot do Los Santos.
Ekspedientka: Już się robi.
(Joe Cerri wraz z Leonem zapłacili za lot - polecieli. Lot trwał ponad pięć godzin.)
**Joe Cerri wysiada z samolotu, trzyma się za plecy**
Joe: Wracam, pierdolony mieście.
Leo: Taa...
(Joe, Leo poszli do stacji metra)
Leo: Wiesz co, Joe? Ja chyba pojadę na South i tam się zaznajomię z okoliczną ludnością - to bardziej moje klimaty.
Joe: Rozumiem, moje klimaty to centrum.
(Joe Cerri pojechał metrem do Centrum, wysiadł z metra i wyszedł z niego)
Joe: Guess who's back, Santos!
Użytkownik Sway Official edytował ten post 20/11/2018 - 19:41