
,,W jednym ciele nie ma miejsca dla kochającego męża i bezlitosnego gangstera"
15.06.2016
** Sanas wracając do domu kilka minut po północy zdjął swoje stare, zakrwawione Cortezy. Rzucił na stół przeładowaną dziewiątkę i leniwym krokiem ruszył w kierunku łazienki. Wchodząc do niej stanął nad umywalką i odkręcając zimną wodę przemył nią swoją twarz. Spojrzał w lustro powieszone przed nim na ścianie i dokładnie przyglądając się Sobie zamarł w bezruchu. Po kilku minutach głębszych przemyśleń złapał za ręcznik i wytarł nim swoją twarz, pozostawiając na nim ślady krwi. Wrócił do salonu, złapał za długopis i stary brudnopis, otworzył go na pierwszej stronie i zatytułował go słowami. **
,,W jednym ciele nie ma miejsca dla kochającego męża i bezlitosnego gangstera"
"Pierwsze słowa w moim pamiętniku, nawet do końca nie wiem czy to dobry pomysł. Mój ojciec pozostawiał każdą swoją myśl w swoim ukochanym zeszycie, ja sam nie wiem czy jest w tym sens. Zresztą co mi szkodzi.
To był ciężki dzień, bardzo ciężki. Jak zawsze kładąc się późno spać niczym gwiazda rock'a odcinając się kompletnie od przeciętnego świata obudziłem się kilka minut po piętnastej z strasznym bólem głowy. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, łyknąłem kilka tabletek jakiegoś mocnego leku przeciwbólowego i ubrałem się. Wychodząc z domu jak zawsze jedyne co zauważyłem to syf na ulicy, kilku małolatów biegających z towarem i przejeżdżającego czarnucha na swoim BMXie wiozącego się jak modelka po wybiegu - te sterydy już dawno wyżarły im mózg. Pheh.
Wtedy zorientowałem się że nie zabrałem kluczyków do mojej ukochanej furki, mojej czy nie mojej - co prawda samochód jest Jesus'a ale to ja nim obecnie śmigam. Wróciłem więc szybko do domu, wszedłem do mojego pokoju i otwarłem jedną szufladę stojącą obok mojego łóżka. Łapiąc za kluczyki do samochodu, starą złotą bandanę i przeładowaną dziewiątkę zerknąłem kątem oka na zdjęcie oprawione w ramkę. Widniała na nim moja obecna kobieta, obecna? Teraz to raczej była ale do tego dojdziemy zaraz, o!
Otrząsnąłem się i wyszedłem z domu ładując swoje leniwe dupsko do ukochanej złotej tahomy' na hydraulice, puta! Traktuje ten wózek jak swoją pierwszą miłość, pomimo tego że nie jest do końca moją własnością. Ruszyłem w kierunku I-WOOD, musiałem się śpieszyć i załatwić kilka spraw na mieście, tak minęło kilka godzin których nie chce mi się nawet zapisywać, zasnąłbym nad tym zeszytem.
Coś po dwudziestej wróciłem do swojego domu, nie - nie mówię o moim kwadracie, mówię o El Coronie. O świętej ziemi w oczach każdego króla. Przejeżdżając przez nią uważnie się rozglądałem, uważniej niż zazwyczaj. Dostrzegłem tych samych małolatów co kilka godzin wcześniej, robiących to samo - sprzedających każdemu kto się tylko nawinie kilka sztuk ćpania. Wpadłem chyba w trans, dostrzegałem rzeczy które wcześniej kompletnie mi nie przeszkadzały.
Podjechałem do kilku moich braci z którymi spędzam na tej dzielnicy każdy wieczór - jestem najwyżej postawioną osobą w tym całym syfie, czaicie? Też w to nie wierzę ale nie rozmyślajmy nad tym, pracowałem na to wiele lat. Wychodząc z samochodu przywitałem się z każdym, zamieniliśmy kilka słów, znów jakieś sprzeczki - standardowy wieczór na El Coronie. Po kilku minutach dość napiętej sytuacji usłyszałem strzały, dosłownie gwizdy kul które mijały mnie jak w pierdolonym matrixie, phah! Wbiegłem do baru, miałem farta że był tak blisko. Po pięciu minutach wyszedłem trzymając w łapie dziewiątkę, jedyne co zauważyłem to blask syren odbijający się od karoserii mojej tahomy. Ujrzałem dwóch moich bliskich znajomych, jeden - Roberto leżał tuż pod moimi stopami, blady w kałuży krwi. Drugi zaś - Zack' czyli jeden z większych oszołomów na El Coronie leżał otoczony przez szwadron agentów federalnych i funkcjonariuszy kilka metrów dalej. Tak jak myślałem, chłopak nie dając sobą pomiatać postanowił sprzedać kilka kulek temu federalnemu ścierwu, niestety tym razem nie udało mu się uciec. Po kilku minutach ratowania całej sytuacji zadzwoniła do mnie moja kobieta. Ja kompletnie wykończony, zdenerwowany a zarazem zdezorientowany tą całą sytuacją postanowiłem się z nią spotkać, nalegała a jak wszyscy wiemy. Z kobietą nie wygrasz.
Po pięciu minutach była już na El Corona, poinformowała mnie że ktoś ją porwał, brutalnie pobił i ostrzelał, tym samym prosząc mnie wraz z moimi ludźmi o pomoc. W tym momencie zamarłem - obiecałem sobie że wyciągnę Corone i jej wszystkich mieszkańców z tego syfu a przede mną postawiono decyzje. Pomóc swojej ukochanej i złamać obietnice lub pozostawić ją na pastwę losu.
Walczyłem o tą dzielnice całe życie, siedziałem w tym tak głęboko że częściej leżałem w szpitalu niż w własnym domu, znało mniej większość grubych szych tego miasta i nie tylko. Byłem najbardziej narażoną osobą na śmierć jednocześnie będąc nieśmiertelnym. Kumacie? Mojej śmierci chciał każdy, ale nikt nie mógł tak na prawdę mnie zabić. Wybrałem - stwierdziłem że nigdy nie wpierdolę moich ludzi w takie bagno, nie będę przelewał krwi niewinnych ludzi za kilka działek lepszego ćpania czy kilka magazynków do dziewiątki, nie ma mowy. Laura - bo tak miała na imię moja w tamtym momencie obecna kobieta stwierdziła że jak zawsze mam ją gdzieś i że nie ma to sensu, tym samym ze mną zrywając.
Szczerze? Chyba miała racje, kochałem ją całym sercem jednocześnie mając ją gdzieś rozumem i ciałem. Przesiąknąłem tym złem, przesiąknąłem tym całym syfem który otacza nas wszystkich. Stałem się częścią tej ulicy która zabrała tak wiele wspaniałych osób.
Pogubiłem się w tym wszystkim? dlaczego nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego nie jestem szczęśliwy robiąc to co chciałem robić od dziecka? Kompletnie nie wiem co się ze mną dzieje, czuje pustkę, jedyne co trzyma mnie jeszcze przy życiu to ludzie którzy stoją za mną murem a ja obiecałem sobie że wyciągnę ich wszystkich z tego bagna nie patrząc kompletnie na to ile osób będzie stało za mną.
Dziesięć minut temu siedziałem na moście, jakieś sto metrów pode mną obserwowałem falę rozbijające się o filary podtrzymujące ten cały most, zastanawiałem się w tamtej chwili czy to aby wszystko ma sens? Czy świat wszedł w to już tak daleko że nikt nie ma już w Sobie żadnych wartości a jedyne czego chcemy to władzy i pieniędzy. Puta - nie znam odpowiedzi na to pytanie i nie poznam go pewnie nigdy.
Nie mam ochoty pisać tego dalej, może spróbuję jutro, adiós...
** Kończąc pisać rzucił długopis na stół, zeszyt pozostawił otwarty na drewnianym stoliku. Wstał i ruszył w kierunku sypialni, wchodząc do niej zatrzasnął za sobą drzwi. **

22.06.2016
,,Pamiętam jak otwierać browar uczyli mnie kumple ale sam wiedziałem dobrze jak trzymać mordę na kłódkę. Nie przedstawię mamie Cię, jesteś tylko szmatą, więc ty nie przedstawiaj mnie swojej bo zaczniesz mi mówić "tato". Jako lider nie mogę płakać, tak jak diller nie może bakać, tak jak kochać nie może szmata"
,,Jak otwierać browar uczyli mnie kumple ale sam wiedziałem dobrze jak trzymać mordę na kłódkę. Nie przedstawię mamie Cię, jesteś tylko szmatą, więc ty nie przedstawiaj mnie swojej bo zaczniesz mi mówić "tato". Jako lider nie mogę płakać, tak jak diller nie może bakać, tak jak kochać nie może szmata"
** Budząc się rano w swoim łóżku rozejrzał się po pokoju w którym panował straszny syf. Spojrzał na kobietę która leżała obok niego całkiem nago, zepchnął ją nogą z łóżka i krzycząc wyprosił ją z domu. Z ciężkim bólem głowy zebrał się, narzucił na Siebie jakieś spodenki i ruszył w kierunku łazienki. Wziął szybki prysznic, zgolił zarost i zmienił opatrunki na swojej klatce piersiowej. Następnie ruszył do salonu, usiadł przy stoliku i łapiąc za czarny długopis zaczął notować w swoim zeszczycie: **
Trochę minęło od ostatniego momentu w którym siedziałem przy tym stoliku z długopisem w ręku i z otwartym zeszytem. Czas mija cały czas i nikt nie jest w stanie go zatrzymać a ludzie marnują swoje życie na takie bzdety, puta...Wszystko się pozmieniało, jeszcze kilka tygodni temu byłem załamanym dupkiem który miał za sobą kilku kumpli, biegał z dziewiątką w łapie wożąc się jakimś gównem.Nie wiem czy to moja wytrwałość czy może fart doprowadził mnie tu gdzie jestem ale wiem że muszę to docenić i nie mogę tego stracić. W tym momencie mam za sobą połowę tego pierdolonego S'C! Kumacie to? w szafie mam około ćwiartki kilograma ćpania, gotową do użytku czwórkę a po mojej prawej leżą kluczyki do nowego elegy. Puta! Kiedy to się wszystko stało? Sam nie wiem, wszedłem w to gówno jeszcze głębiej, wszedłem w ten cały biznes na całego, nie ma co! Ale pomińmy już te materialne rzeczy które zdobyłem pozbawiając kilku młodziaków życia, nic ważnego. Spójrzmy na to co na prawdę jest ważne i co udało mi się osiągnąć. Mam za sobą ludzi którzy są gotowi wskoczyć w ogień za mnie i ten zlepek betonu i asfaltu którym bujam, nie ma co! To jest sukces. Kumacie to? dla mnie liczy się ten pierdolony kawałek złotej szmatki, kilkanaście dobrych mord które są tu ze mną od początku i moja siostra która cały czas mnie wspiera! O to walczę, puta! Pierdolić ten cały syf, hajs, ćpanie, broń czy drogie fury! Próbowaliście kiedyś wyjebać kogoś ważnego z waszego życia i zastąpić go nowym zegarkiem? bo ja robię tak cały czas i w końcu doszedłem do wniosku że to nie ma pierdolonego sensu, oouuu!
Wracając do mojego życia. Jestem szczęśliwy bo udało mi się chociaż w małym stopniu odbudować to o co moi poprzednicy walczyli przez wiele lat. Corona znów jest złota, każdego dnia walczę o to żeby tak było. Taggi' na I-WOOD znów są złote a ksywki pod nimi zaczynają się słowem "KING".
Pewnie kompletnie nie czaicie o czym piszę, co druga osoba nie wie co mam w tej swojej niepoukładanej głowie ale taka prawda. Dla mnie liczy się rodzina i złota Corona. To o nią mam zamiar walczyć.
"NIE WIEM CO BĘDZIE JUTRO BO WAŻNE SĄ DNI KTÓRYCH JESZCZE NIE ZNAMY!"
** Kończąc tymi słowami swój kolejny wpis do pamiętnika zamknął go. Długopis obojętnie rzucił na stolik a następnie ruszył w kierunku swojego pokoju do którego wszedł i zaczynając zbierać ubrania z podłogi zamknął za sobą drzwi. **

05.07.2016
,,Łapiąc się czegoś co na pozór było nielegalne i złe ja tworzyłem coś co dawało mi pieniądze...A ja? Ja nazywałem to szczęściem"
** Siedząc w pustej celi w zakrwawionych ubraniach, głodny i odwodniony złapał za swój notes który jako jedyny nie został mu zabrany. Biorąc czarny długopis w dłoń otworzył go i kładąc notes na kolanach zaczął notować. **
Po dwudziestu dwóch latach kończę szósty raz w tym samym pomieszczeniu. Wiecie, cztery szare ściany, metalowe drzwi i stare zardzewiałe łóżko na którym leży materac sprzed drugiej wojny światowej. Siedząc tutaj już czterdzieści osiem godziny uświadomiłem Sobie że nigdy już stąd nie wyjdę, jedyne co mi zostało...Jestem człowiekiem który w swoim życiu wyrządził innym zbyt wiele krzywdy. Siedzę tutaj za zabójstwo niewinnego dzieciaka który po prostu mi się nie podobał. W moich lokalach, samochodzie i tak dalej znaleziono kilkanaście innych ciał, mnóstwo nielegalnych narkotyków i broni. Wpadłem w gówno, sam się w nie wpakowałem i nie mogę powiedzieć że to nie z mojej winny. Sam tego chciałem, sam w to wszedłem wszystko planując. Byłem zbyt pewny Siebie, czułem się...Czułem się jak ktoś lepszy, wiecie? Siedzę w domu z sejfem pełnym hajsu. Wiedziałem że mogę zabić każdego w tym pierdolonym mieście, zbierałem mnóstwo pieniędzy, zabijając jeszcze więcej osób. Nie patrzyłem na to czy strzelam do trzy letniego dzieciaka, matki w ciąży, dziadka w podeszłym wieku czy zwykłego ćpuna z gett'a. Płacono mi za to, serio - skumaj to, tak głęboko w to wszedłem, pieniądze tak zamotały mi w głowie a moja pewność Siebie i pseudo profesjonalizm doprowadziły mnie do zguby. Czułem się jak bóg znając całe biuro federalne, potrafiłem zabić człowieka w centrum miasta na oczach czterdziestu innych osób i zniknąć jak gdyby nigdy nic. Wrócić za pięć minut w to samo miejsce i jak zawsze będąc oskarżanym z uśmiechem na ustach oddawałem się w ręce FBI żeby usłyszeć tylko słowa "Jak zawsze tam gdzie jesteś ty, ktoś umiera i dowodu jak zawsze też nie ma". Dzisiaj jestem tu, zabiłem w swoim życiu około dwustu niewinnych osób używając tej samej broni i robiąc to za te same pieniądze. Odchodzę z tego świata żegnając się z każdym. Mam nadzieje że ktokolwiek przeczyta ten krótki ale wartościowy pamiętnik o człowieku który chcąc zyskać tak na prawdę nic, stracił tak wiele.
** Stawiając ostatnią kropkę zamknął pamiętnik i na jego okładce napisał "O człowieku którzy sprzedał własne życie" - po tych słowach odłożył notes na stary materac. Wstał i łapiąc za prześcieradło zwinął je kilkukrotnie umacniając je. Obwiązał je wokół najwyższego metalowego szczebla u krat. Obwiązał je wokół swojej szyi i wspinając się po kratach. Zeskoczył w dół, dusząc się i tracąc przytomność - odszedł z tego świata. **
(Pisze tego typu biografię pierwszy raz, proszę o wyrozumiałość)
Użytkownik JulkaToJa edytował ten post 05/07/2016 - 13:38


