Rose Ping (Blake)

ROZDZIAŁ I
"Początki dorosłości"
Historia mojego życia zaczęła się trzydzieści lat temu w mieście Phoenix nieopodal Los Santos. Mieszkałam razem z mamą i tatą na przedmieściach w standardowym dla amerykanów parterowym domku. Białe deski pokrywające zewnętrzne ściany, ceglana dachówka, pies - labrador imieniem Baxter, podjazd z garażem i amerykańska flaga, która przez cały rok reprezentowała barwy narodowe.
Taaak, co do tej flagi, to ojciec miał obsesję. Jako były - emerytowany żołnierz, strasznie dbał o to, aby symbole narodowe nie były hańbione i były godnie reprezentowane. Jego ojciec, a mój dziadek zginął - również jako żołnierz, podczas starć i zamieszek, które miały miejsce w Santos w latach 50-60 - sama już nie pamiętam. Ojciec zawsze był uczony przez matkę szacunku do historii, a ja niestety przeszłam przez to samo - tym samym już pod jego nadzorem.
Nie powiem, że wyszło mi to na gorsze, bo sporo się nauczyłam, może nawet złapałam bakcyla. W wieku 16 lat dostałam na urodziny pierwszy rewolwer, jako iż tata uczył mnie strzelać już od 12 roku życia, uznał wtedy, że jestem na tyle odpowiedzialna, by wiedzieć jak się z tym obchodzić. Póki co się nie zwiódł. Latka mijały, a ja skończyłam High School otrzymując dyplom. Rodzice byli szczęśliwi, ja również, tylko nastawało jedno pytanie - co dalej?
ROZDZIAŁ II
"Santos - miasto możliwości"
Mijały wakacje, a ja siedziałam w Phoenix ze swoim dyplomem czerpiąc garściami czas wolny, jaki zawdzięczałam ukończeniu szkoły. Tata non stop mnie namawiał, abym poszła do wojska. Jednak coś mnie przed tym odrzucało. Co prawda, z pokolenia na pokolenie ród Ping'ów ubierał mundur oficerski, jednak dziadek, ojciec - to byli mężczyźni, a ja co? Kobieta i wojsko? To nie mogło się udać.
W końcu postanowiłam. Z kończącymi się wakacjami oznajmiłam rodzicom, że spróbuję szczęścia w Los Santos. Daleko nie było, zawsze mogłam wrócić, a jakiekolwiek odwiedziny to drobnostka. Więc podniecona nowym startem życiowym i możliwościami jakie otwierało przede mną Santos, spakowałam swe walizki i z końcem sierpnia wyjechałam.
Pierwsze dni w nowym miejscu były dosyć ciężkie. Sama w wielkim mieście, o wiele większym niż Phoenix. Zatrzymałam się w jednym z hoteli, będących w centrum, umyłam, ubrałam i wyruszyłam zwiedzać. Znalazłam po drodze kilka ogłoszeń o pracę, a groszem co prawda nie śmierdziałam, więc złapałam się czego było. Jedną z takich firm była Apteka Brava, prowadzona przez rodzinę Blackfieldów - Dominicka i jego brata Williama oraz Wilsona. Trójka mężczyzn, przy nich ich kobiety - wyglądali na szczęśliwą rodzinkę, wspierającą się wzajemnie. Nie sądziłam, że znajomość z nimi zaprowadzi mnie tak daleko i poczuję się jak w domu.
Dni mijały jeden po drugim i tak przez kilka pierwszych tygodni, wiele się nie zmieniało w moim życiu. Zamieszkałam w ich domu nieopodal Unity Station, traktowali mnie z czasem jak jedną ze swoich. Potrafiłam się wepchnąć pomiędzy ich współgrające zębatki idealnie się wpasowując w grupę. Mogłoby tak zostać już na zawsze, lecz ciągła monotonia, brak perspektyw, co ze sobą dalej zrobić - nie dawały mi spokoju. Pewnego dnia, w radiu usłyszałam, że wojsko prowadzi nabór do pobliskiej jednostki. Pomyślałam, że lepszej okazji chyba nie znajdę. Zadzwoniłam do taty, skonsultowałam z nim wszystko i jeszcze tego samego dnia wysłałam podanie do jednostki.
ROZDZIAŁ III
"Słońce, piasek, romans i karabin"
I co? Udało się! Otrzymałam wiadomość zwrotną od samego generała Hansa Lu... Luft-coś tam... Jego nazwisko brzmiało jak nazwa tanich linii lotniczych, ale nie mnie osądzać, zwłaszcza patrząc na swoje nazwisko. W liście znajdowało się potwierdzenie i akceptacja złożonego podania oraz data, kiedy mam się stawić w jednostce. Nie wiem, czy terminy były takie ponaglające, czy listonosz się ociągał, ale miałam się zjawić już następnego dnia. Uradowana zadzwoniłam do taty, o wszystkim mu powiedziałam. Ten również ucieszony pogratulował mi przyjęcia, lecz ostrzegł, że nie będzie łatwo. W sumie mogłam się tego spodziewać.
Następnego dnia pozamykałam wszystkie swoje sprawy w mieście, spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy - przede wszystkim kremy przeciwsłoneczne - w końcu baza znajdowała się na gorącej pustyni. Jeszcze tego samego dnia przed zachodem słońca dojechałam do bazy. Powitał mnie zamaskowany żołnierz z karabinem – nagle przeszły mnie dreszcze i pomyślałam, aby wrzucić wsteczny i odjechać zanim popełnię jakiś błąd i zginę pod ogrodzeniem bazy.
Jednak nie było tak źle. Po weryfikacji moich danych, zostawiając auto i walizki w środku, zostałam wpuszczona na teren jednostki i zameldowana w koszarach. Wojskowy na szybko pokazał mi co gdzie jest, a następnie zostałam pozostawiona sama sobie z dokumentami, z którymi winnam się zapoznać. Regulamin, struktury, nawet poradnik jak się witać z żołnierzami starszymi stopniem. Wtedy wydawało mi się to śmieszne – nigdy się tak nie przeliczyłam.
Po kilku godzinach zrobiłam sobie przerwę, przebrałam się wreszcie w mundur i wyszłam na zewnątrz odetchnąć świeżym powietrzem. Natknęłam się na Shaylee, „dziewczynę” w moim rozumowaniu Williama. Wiem, że coś między nimi iskrzyło, ale chyba nigdy to nie wyszło na jaw, bo ona miała wkrótce wyjść za mąż. Oczywiście salutowanie – pierwszy błąd. Na szczęście byłyśmy same i nikt tego nie widział, więc obyło się bez nacierania uszu, ale musiałam się pilnować.
Kilka godzin później, gdy wieczór przerodził się w noc, pojawił się Derek Shepherd. Boże, nigdy nie sądziłam, że ten człowiek tak namiesza w mojej naiwnej, 18’letniej główce. Znałam go już wcześniej, jednak nie zwracałam nigdy na niego uwagi, jednak otoczona przez sześcio metrowy płot szybko zaczęłam nawiązywać z nim bliższe relacje.
Wszystko toczyło się dosyć niewinnie przez kilka dni. Wspólne spędzanie dnia wewnątrz bazy, siłownia, czasem nawet udało nam się razem zabrać na patrol, jednak ja wciąż byłam stanowcza i asertywna. Podobało mi się, jak bardzo się o mnie starał i nawet było to urocze, gdy w pełnym umundurowaniu wślizgnął się na moją pryczę w koszarach. Lecz mógł sobie tylko pomarzyć. Taaa…
Przeżyłam swój pierwszy raz! Znaczy chodzi o lot helikopterem, bo następnego dnia, jeden z dowódców zabrał mnie na patrol. Byłam taka podekscytowana tym, że rozglądałam się jak głupia po okolicy, zamiast skupić się na robocie i wyłapywaniu przemytników.
Po powrocie pojechaliśmy z Derekiem na patrol, nabijaliśmy sobie w ten sposób punkty, do ogólnego egzaminu końcowego, cały dzień spędzony razem, a gdy nadeszła noc, pojawiła się i ona. Najgorsza z możliwych Pani Kapral, czyli Shaylee. Każde spotkanie z nią kończyło się ostrym wysiłkiem dla ciała i duszy, męczeni w kółko tym samym, wbijała nam podstawowe wartości do głowy. Przez moment ją za to nienawidzidziłam, lecz teraz – z perspektywy czasu widzę, że dało mi to nieźle w kość, ale przydało się to niepokornej już 19’nastce.
Po wszystkim wróciliśmy do koszar. Byliśmy tak wykończeni, że padliśmy do wyrka nie mając już siły nawet by stawiać mu jakikolwiek opór, pozwoliłam, aby tej nocy spał ze mną. Byłam spocona, śmierdząca i w ubraniach, więc raczej by nie kombinował. Rankiem za to poszłam się wykąpać, wyspana z obolałymi mięśniami weszłam pod gorący prysznic każąc Derekowi zaczekać w kwaterach.
Nie wiadomo skąd, pojawił się pod prysznicami, objął mnie nagą w talii, ściągnął szybko swoje ciuchy i docisnął mnie do kafelek, a ja nie protestowałam. Stało się. Można było powiedzieć, że od przygody pod prysznicami staliśmy się parą, a bynajmniej tak wzajemnie się traktowaliśmy, tym razem już tak bardziej oficjalnie.
Stety-niestety powyższą akcję podsłuchiwał Liam – jeden z szeregowców jak my, który doniósł o wszystkim Shaylee. Od tamtej pory ta miała na nas jeszcze większe baczenie, oczywiście nikt nie mówił o tym głośno, ale każdy wiedział co się wtedy działo.
Los chciał, że tego samego dnia Derek miał egzamin końcowy. Może przygoda pod prysznicem mu wtedy pomogła zniwelować ciśnienie, tak czy siak udało mu się i był stopień nade mną. Ja wtedy szczęśliwa, on szczęśliwy, wszystko się nam układało po dobrej myśli.
Tak mijały kolejne dni. Człowiek na początku nienawidził tego płotu, z czasem się do niego przyzwyczaił, a później już nie chciałam go opuszczać. W końcu i ja zdałam egzamin, zostałam Starszym Szeregowym, ale to i tak był dopiero początek w drodze, ku szczytowi. Przygód pod prysznicem, zresztą nie tylko było coraz więcej i w najróżniejszych miejscach: na siłowni, w radiowozie, na przepustce w aptece... Zaraz po pierwszym razie kupiłam tabletki, które chciałam brać, jednak napięty grafik w ciągu dnia, jakoś sprawiał, że zawsze o nich zapominałam.
Mijały kolejne tygodnie, gdy poczułam pierwsze nudności, towarzyszące mi każdego poranka. Wiedziałam, że nie jest dobrze i pojechałam do apteki po test. Wynik wyszedł negatywny, jednak wciąż miałam wątpliwości. W tym czasie Shaylee była w ciąży, a sytuacja z jednym z więźniów sprawiła, że musieliśmy zabrać ją do szpitala. Dereka nie było wtedy w zasięgu, więc razem z Liamem zabraliśmy ją do miasta.
Niestety w tym miejscu skończyły się dobre nowiny dla Shaylee, świeżo upieczony mąż wyjechał bez słowa, ona została sama, a na dodatek w skutek pobicia poroniła. Pomagałam jej się przy tym pozbierać, jednak widziałam, że między nią a Liamem coś powoli iskrzy, więc dawałam im więcej wolnego czasu, tym samym korzystając z wizyty w szpitalu zrobiłam sobie badania.
Byłam już w drugim miesiącu ciąży. Ta informacja spadła na mnie jak grom w pogodny dzień. Zaczęłam sobie zadawać pytania jak to dalej będzie. Jak powiedzieć o tym Derekowi, rodzicom, znajomym... Tak się stało, że niedoszły tatuś dowiedział się pierwszy. Jego reakcja nie była taka jakiej się spodziewałam, ale w głębi ducha wierzyłam, że się cieszył, może to był dla niego szok jak i dla mnie.
Kilka dni później na mym palcu pojawił się pierścionek z szafirem. Tak, oświadczył mi się. I bogu dzięki, mogłam wreszcie zadzwonić do rodziców z dobrymi nowinami. Ci jak zwykle się cieszyli, jednak słychać było zmartwienie w ich głosie. Wspólnie podjęliśmy decyzję, że pora wziąć urlop w wojsku i nie narażać siebie jak i dziecka. Tak też zakończyła się moja historia z US ARMY, bo pół roku później jednostka została rozwiązana.
ROZDZIAŁ IV
"Koniec raju, witaj rzeczywistości"
Zaraz za mną z wojskiem skończył Derek. Wiedziałam, że coś nie gra, jednak on wciąż zamykał się w sobie i nie dawało rady do niego dotrzeć. Zdecydowanie oddalaliśmy się od siebie, jego oschłość, obojętność z czasem stawała się coraz gorsza. Fakt, że jestem w ciąży wcale nas nie spajał, nie miało to jakiegoś większego znaczenia dla niego – przynajmniej tak to odbierałam.
Po kilku tygodniach, gdy nadzorowałam remont wspólnego domu, pojawił się Derek. Z takim samym nastawieniem jak dotychczas. Powiedział, że jedziemy do Turcji odpocząć. W ogóle nie zapytał się mnie o zdanie, ja zaczęłam ponownie pracę w centrum – nie mogłam po raz kolejny jej porzucić, zwłaszcza że była lekka i przyjemna. Oczywiście odmówiłam, nie chciałam tam jechać – zwłaszcza w obecnym stanie. Może i ciąży nie było tak bardzo widać, bo to zaledwie trzeci miesiąc, jednak nie czułam się na siłach, aby wyjechać na miesiąc czasu gdzieś daleko, na drugi koniec świata – dosłownie.
Chciał-nie chciał Derek pojechał sam, beze mnie. Miał dość całej sytuacji. Czy to wojsko go zmieniło do tego stopnia? Czy on po prostu taki był, a z biegiem czasu poznawałam go z tej prawdziwej strony? Nie mam pojęcia. Ostatnimi dniami czułam się naprawdę samotna, w dodatku on wyjechał nie odzywając się już ani razu.
Nie trzeba było długo czekać, by znaleźć kogoś, kto był inny o sto osiemdziesiąt stopni niż Derek. Nial, chłopak będący jego totalnym przeciwieństwem – czuły, opiekuńczy, romantyczny. Miał wszystkie te cechy, których brakowało Derekowi ostatnimi czasy. Spędziliśmy kilka przyjemnych dni ze sobą, z początku traktując go jako dobrą odskocznię od rzeczywistości. Jednak z biegiem czasu, poczułam, że między nami zaiskrzyło.
Wróżką nie trzeba być, by wiedzieć jak to się skończyło. Szkopuł tkwił w tym, że ani Nial, ani Derek o sobie wzajemnie nie wiedzieli. Musiałam powiedzieć im o tym, więc najbliżej był Nial. Dowiedział się o całej sytuacji, również o tym, że jestem w ciąży. Wkurwiony po całości wsiadł na motocykl i odjechał, zostawiając mnie samą na molu. Usiadłam na jednym ze schodków, by sobie wszystko przemyśleć – trochę to zajęło.
W końcu poderwałam się, w drodze do centrum zaczęłam z nim pisać. Tego dnia wysłaliśmy między sobą masę smsów, w których tłumaczyłam mu kolejny raz całą sytuację. Z początku bardzo negatywnie, z czasem jednak jego nastawienie się zmieniło. Kazał pojawić się w jego biznesie, jako iż do tej pory zdążyłam już wrócić do centrum, więc z miejsca do niego poszłam.
Rozmowa była bardzo długa. Wiele łez i przykrych słów jednak przeistoczyło się w normalną rozmowę, podczas której doszliśmy do porozumienia. Wiedziałam, że go zraniłam, chociaż znaliśmy się zaledwie tydzień, to jednak on zdecydował się mnie przygarnąć. Zapewnił, że się mną zaopiekuje, dzieckiem i będziemy je razem wychowywać, mimo tego, że nie jest ono jego.
Minęły trzy tygodnie, każdy swój dzień spędzałam razem z Nialem. Były to zarówno gorące dni, gdy nie wychodziliśmy w ogóle z łóżka, jak i takie bardziej spokojne, gdzie grzecznie gotowaliśmy wspólnie obiadek. Mogłam powiedzieć, że był to ideał faceta, któremu w stu procentach powierzyłabym opiekę nad maluchem. Jednak nastał dzień, który nadejść musiał – Derek powrócił z Turcji – nie był świadomy obecnej sytuacji.
Do tego czasu zmieniło się sporo. Praktycznie mieszkałam u Niala, chociaż swoich rzeczy nigdy do niego nie zwiozłam, poza tym byłam już w czwartym miesiącu ciąży. Postanowiłam stawić czoła odpowiedzialności i spotkałam się z Derekiem.
Na rogu głównego skrzyżowania w centrum znajdowała się knajpa Variety Shot czy jakoś tak. Jedna z częściej odwiedzanych restauracji, również bardzo schludna i ze sporą ilością miejsca do takowych rozmów. Krótkie i oschłe z jego strony „cześć” jakby odcięło już jakąkolwiek linę, że ten związek mógł jeszcze przetrwać. Więc postawiłam wszystko na jedną kartę. Opowiedziałam mu o Nialu i o wszystkich uczuciach, jakie mną targały od momentu, gdy skończyła się nasza kariera w wojsku.
Nie wiem, czy ten człowiek miał już jakiekolwiek inne uczucia, poza chodzeniem wkurwionym na cały świat, wyszedł z lokalu i już nie wrócił. Wróciłam do domu, gdzie spotkałam się z Nialem – poczułam, że spadł mi z serca spory ciężar jakim był Derek oraz że mogę zacząć nowe życie, z lepszym mężczyzną. Poczucie ulgi nie trwało długo.
ROZDZIAŁ V
"Nieobecna"
Kilka dni od rozmowy z Derekiem, otrzymałam telefon od mamy, że tata dostał wylewu mózgu i leży nieprzytomny w szpitalu. Byłam wtedy na kolacji z Nialem, powiedziałam mu o telefonie i szybko wróciliśmy do domu, jeszcze tego samego dnia spakowałam walizki i wyjechałam do Phoenix.
Sytuacja nie wyglądała kolorowo. Tata w ogóle nie kontaktował, jego ciało było sparaliżowane, choć lekarze mówili, że nas słyszy, to na takiego nie wyglądał. Dawano mu góra tydzień na przeżycie – zmarł po pięciu dniach. Mama była w opłakanym stanie. Non stop płakała, zresztą ja również, jednak miała problemy z sercem, więc musiałam, a nawet chciałam z nią zostać i jej pomóc. W końcu byłam ich jedynym dzieckiem, a teraz została ona biedna sama, no i pies Baxter.
Zajęłyśmy się pogrzebem, zjechała się cała rodzina. Nie chciałam, aby Nial się o tym dowiedział, nie chciałam, aby rodzina poznała go właśnie w dniu pogrzebu mojego ojca. Nawet nie wypadało, więc pisałam do niego, że wszystko w porządku, pomagam mamie i takie inne kwestie, byle zapewnić go, że nie ma powodów, aby rzucał wszystko i przyjeżdżał. Nie czułam się z tym dobrze, ale jakie miałam wyjście…
Tak się stało, że zostałam u mamy przez jeszcze cztery miesiące. Ja opiekowałam się nią, a ona mną i moim wielkim już brzuchem. Strasznie zaniedbałam Niala, chociaż ze sobą pisaliśmy, to brakowało mi jego obecności. Widziałam, że mama daje już sobie radę samodzielnie, więc opuściłam rodzinny dom, by powrócić do Santos.
ROZDZIAŁ VI
"Koszmarny powrót"
Odkąd wróciłam do miasta telefon Niala nie odpowiadał. Znów poczułam się obco w mieście, które przecież dobrze zdążyłam już poznać. Jechałam autem, mając ze sobą strzelbę taty, która dobrze służyła mu za jego życia, która powinna wspomóc mnie w tym wielkim i jakże niebezpiecznym mieście.
Tym razem nie pomogła nawet i mnie. Przejeżdżając przez granicę miasta zostałam zaatakowana przez zamaskowanych mężczyzn w czarnym premierze. Kule świstały, a ja kryjąc głowę i jadąc w ogromnej panice niemal już na samych felgach zajechałam do centrum. Złapałam za strzelbę, chowając się za autem, oddałam dwa załadowane strzały w kierunku napastników, które zatrzymały się w drzwiach ich auta. Szybko wbiegłam do najbliższego budynku, słysząc, że biegną w moim kierunku, nie oglądałam się już za sobą.
Był to jakiś sklep, który o tej godzinie był całkowicie opustoszały, zresztą jak i całe centrum. Schowałam się za jednym z regałów, mając przy sobie dodatkowe naboje, drżącymi dłońmi złamałam w pół strzelbę, załadowałam pociski i czekałam, aż głowa któregoś pojawi się w drzwiach.
Huk, trzask, poszedł strzał, pełno kurzu i dymu wzbiło się w powietrze, śrutem trafiając w otynkowaną ścianę zaraz obok drzwi. Drugiego strzału nie zdążyłam oddać. Celny pocisk czterdziestopięcio milimetrowy z karabinku M4 skutecznie powalił mnie na ziemię, na tyle, że przestałam kontaktować co się dzieje wokół mnie.
Ocknęłam się w szpitalu. Nade mną stał lekarz, na korytarzu stało kilku dziennikarzy i oficerów policji. Strasznie obolała, poczułam – no właśnie, rzecz w tym, że nie poczułam maleństwa. Poderwałam głowę i zobaczyłam, że mój brzuch zniknął. Przerażona i zrozpaczona, w głębi swego ciała wydarłam się najgłośniej jak mogłam, choć me ciało leżało spokojnie na łóżku. Miałam najgorsze myśli, płakałam w duchu, choć moje zwłoki nie były skore do współpracy. Lekarz to zobaczył w moich oczach.
Szczęście w nieszczęściu, uspokoił mnie, że dziecko żyje. Zostało wyciągnięte ze mnie cesarskim cięciem i leżało w inkubatorze, a sam lekarz do mnie mówił, mimo iż działały na mnie jeszcze środki paraliżujące mięśnie, to przymknęłam oczy przytakując mu, że zrozumiałam informacje. Kamień spadł mi wtedy z serca, a ja poczułam się jeszcze gorzej, gdy zaczęłam myśleć co się właściwie stało – dlaczego, kim byli napastnicy i czego chcieli?
Policja jak zwykle rozłożyła ręce. Kamery nie zarejestrowały, żadnych znaków szczególnych, poza faktem, że było ich trzech. W ciągu kilku dni dałam radę wstać z łóżka, gdzie pozwolono mi iść i po raz pierwszy zobaczyć swego synka. Gdy zobaczyłam go w inkubatorze, takiego bezbronnego, samotnego, podpiętego do tych wszystkich rurek… Me serce wtedy pękło. Nial dalej nie odbierał telefonu, a do Dereka zadzwoniłam i na szybko opowiedziałam sytuację oraz fakt, że urodził mu się syn.
Czy pojawił się? Skądże. Miał głęboko w poważaniu swego własnego syna. Rozumiem, że mógł nienawidzić mnie, ale własne dziecko? Coraz bardziej przestawałam go wtedy rozumieć. W końcu wypisano mnie ze szpitala, a ja dzień w dzień wracałam, spędzając długie godziny przy inkubatorze, spoglądając na śpiące, od czasu do czasu wierzgające nóżkami niemowlę.
Rozdział VII
"Restart"
Po dwóch tygodniach odwiedzin małego w szpitalu postanowiłam spotkać się z Derekiem. Chciałam się dowiedzieć jakie ma zamiary względem mnie, naszego dziecka i tak dalej. Dosyc niechętnie, ale jednak postanowił się ze mną spotkać. Kazał mi się zjawić pod Gang Unit, jako iż poszedł do policji. Wyszedł do mnie w mundurze, widocznie przerwałam mu służbę, albo miał czas wolny. Tak czy siak porozmawialiśmy. Czas jaki minął od naszego rozstania zrobił swoje. Derek był jeszcze bardziej oschły i zimny w stosunku do mnie niż przedtem – nienawidził mnie i obwiniał za wszystko, chociaż nie wiedział chyba, że samemu się do tego przyczynił. Porozmawialiśmy na temat syna. Załamał mnie wtedy, bo chciał poznać wyniki DNA, czy to on jest ojcem. Myślałam, że go tam rozszarpię. Nie wierzył w to, że jego własny syn mógł być jego. Wzięłam głęboki oddech i poszłam sobie, oczywiście zgadzając się na te badania, bo nie dałby mi spokoju z tym.
Po dwóch tygodniach przyszły wyniki, pojechałam z nimi natychmiast do Dereka. Nie bałam się ich otworzyć, bo wiedziałam swoje, on natomiast był zimny jak kamień – nie wyrażał żadnych emocji, nawet po przeczytaniu wyników, że jednak jest ojcem. Zaczęłam go wypytywać co ma zamiar zrobić, a on, że nic. Spytałam się jak ma nazywać się nasze dziecko, to wspólnie ustaliliśmy imię Dominic, jednak co do nazwiska były pewne problemy. On chciał swoje, ja chciałam swoje. W końcu to ja go wychowywałam, on się nawet nim nie interesował, ale w końcu był ojcem. Powiedziałam, że się zastanowię.
Następnego dnia miałam odebrać Dominic’a ze szpitala. W końcu dostał wypis i mógł zostać zabrany do domu. Mieszkałam wtedy u znajomego w domku przy plaży na Santa Maria Beach. Zawsze lubiłam poranki w tym miejscu, a widok z okna, och, czysta poezja. Przez kilka dni nie wychodziłam z domu zajmując się maleństwem, nawet przyjechała do mnie mama, by pomóc mi w pierwszych dniach z dzieckiem, gdy pewnego wieczoru zadzwonił do mnie telefon.
Na komórce wyświetlił się numer Niala. Byłam zaskoczona, jednocześnie zła i szczęśliwa, że do mnie zadzwonił, szybko odebrałam i krótką chwilę porozmawialiśmy. Poprosił mnie, żebym go odebrała z lotniska. Więc tam pojechałam, a gdy go zobaczyłam, opalonego, z torbą podróżną i trochę zarośniętego, od razu rzuciłam mu się w ramiona. Nial wrócił, a to tylko kolejny powód do radości.
Zabrałam go do domu, gdzie spał Dominic, porozmawialiśmy sobie, pokazałam mu małego i pozwoliłam wziąć na ręce. Gdy się tak mu przyglądałam, wyglądał jakby był stworzony do tej roli. Troskliwy, opiekuńczy… Miał zadatki na prawdziwego ojca – nie to co Derek. Nadchodziła akurat pora karmienia więc podgrzałam mleko w butelce i podałam Nialowi. Uroczo razem wyglądali na kanapie, gdy go karmił. Szkoda, że nie miałam aparatu bo ta chwila była cudowna i wymagała uwiecznienia.
Rozmawialiśmy w międzyczasie ze sobą o tym co się wydarzyło, gdy jednego i drugiego w mieście nie było. On mi opowiedział, że gdy ja byłam u mamy, wtedy on wyjechał do Meksyku załatwiać różne sprawy. Nie chciał powiedzieć jakie, ale nie naciskałam na to – cieszyłam się, że wrócił. Minęły tak jeszcze z dwie godzinki, które spędziliśmy ze sobą, małego odłożyliśmy do łóżeczka, a później poszliśmy spać wtuleni w siebie.
Rozdział VIII
"Coś się kończy, coś zaczyna"
Spało mi się dobrze jak nigdy. Przeciągnęłam się na łóżku i gdy otworzyłam oczy zrozumiałam, że coś jest nie tak. Nie było Niala. Wstałam, zajrzałam do malucha, a później sprawdziłam cały dom, jednak nigdzie go nie było. Żadnego śladu po nim – nawet walizki, z którą przyjechał. Jak to możliwe? Czy to był tylko sen, czy znów wyjechał? Byłam mocno zdezorientowana, przez kilka godzin myślałam jak to się mogło stać, że go czułam, rozmawiałam z nim, widziałam, a jednak go tu nie było. Mama oczywiście o niczym nie wiedziała, nawet zamek był zamknięty od środka, więc nie mógł wyjść przez drzwi. Okno zresztą też.
Nagle mnie oświeciło – telefon! Przecież dzwonił do mnie. Ale gdy tylko podniosłam urządzenie do ręki i sprawdziłam wykaz połączeń – nie było go na liście. Zupełnie, jakby wczorajsza sytuacja nie miała miejsca, a ja albo miałam bardzo realistyczny sen, albo Nial był duchem. Obie opcje były przerażające. Postanowiłam zadzwonić do niego – jak zwykle poczta głosowa. Zrobiło mi się wtedy smutno, z euforii w załamanie, taka huśtawka emocji.
Mijały długie dni i jeszcze dłuższe miesiące, gdy nie wychodziłam w ogóle z domu, jakbym oczekiwała jakiegoś nagłego zwrotu akcji w mojej sytuacji, jednak nic takiego nie nadchodziło. Mama praktycznie zamieszkała u mnie pomagając mi z maluchem, więc nie musiałam się martwić, że zostawię go samego któregoś dnia. Spojrzałam na strzelbę, która stała w kącie pokoju i rewolwer z czasów jeszcze moich szesnastych urodzin. I wtedy mnie natknęło. Otworzyłam laptopa wpisując w nim stronę departamentu i znalazłam informację o rekrutacji do Detective Division, które prowadził mój znajomy. Nie zastanawiałam się długo, jako iż był to ostatni dzień rekrutacji – napisałam podanie.
Rozdział IX
"Sherlock Holmes"
Dnia następnego dostałam wiadomość zwrotną – Gratulacje, dostała się Pani. Wykłady miały zacząć się już następnego dnia, a ja miałam motywację, aby zostać detektywem i ustalić kim byli napastnicy, tego feralnego dnia gdy wróciłam do Santos. Powiedziałam o tym mamie, która widziała jak męczę się w domu i sama popchnęła mnie w kierunku tej pracy. Ucieszyłam się i poleciałam na akademię następnego dnia.
Osób było dość sporo. Spotkaliśmy się wszyscy na DD HQ skąd poszliśmy na salę wykładową. Tam był krótki wstęp, przywitanie i tak dalej jak to się robi na początku różnych spotkań, omówienie działania, a po wszystkim rozeszliśmy się do domu.
Minęły dwa dni wykładów, zanim zaczęliśmy patrole z detektywami. Mi przytrafił się akurat największy podrywacz Serguei Ilukevish. Już podczas pierwszej jazdy snuł jakieś aluzje, a to tu, a to tam. Był stanowczo zbyt nachalny, co mnie odrzucało od niego. Poza tym czekałam wciąż na mojego Niala.
Akademia dobiegła końca, a ja uzyskałam tytuł Constabla, otrzymałam odznakę, broń i mogłam zacząć już działać jako pani detektyw. Oczywiście pod nadzorem starszych detektywów, bo to wiadomo jak to jest, ale wtedy poczułam, że stałam się kimś.
Rozdział X
"Może jednak tu?"
Moje szczęście jako detektywa nie trwało zbyt długo. Tego samego dnia po otrzymaniu odznaki wpadło FBI i zabrało naszego Commandera ze sobą. Ponoć chodziło o jakąś korupcję czy coś. Kilka godzin później na radiu padł komunikat, że to koniec dla niego. Zmartwiłam się tym, bo w końcu był to mój znajomy, poszłam tam głównie dla tego, że on tym dowodził i nie bałam się aż tak, jakbym była w innych jednostkach. W końcu pierwszy raz w departamencie, a słyszy się, że tyrają ostro.
Chwilę pomyślałam nad tym co dalej i postanowiłam. Napisałam do komendanta o możliwość przeniesienia w takim wypadku do Metropolitan Unit. Ten się zgodził, jednak całą akademię musiałam przejść raz jeszcze. W końcu inna jednostka, inne metody działania. Tym razem była to akademia skrócona, jako iż było maksymalnie z pięć osób. Cztery dni w zamknięciu na Dilimore i otrzymaliśmy uniformy, kolejne odznaki i mogliśmy ruszać w służbę.
W tej jednostce pobyłam już znacznie dłużej niż ten jeden dzień. Wysoka aktywność z mojej strony, częste patrole z wyższymi rangami czy to nawet samotnie holownikiem, pod koniec tygodnia zaskoczono mnie – premia. W sumie robiłam to co lubię, czyli wypisywanie mandacików, dochodzeniówka podczas wypadków, pościgi… Brakowało mi tego w dużym stopniu. Kilka miesięcy później – awans. Z Police Oficer dwa, na trzy. Wielkiej różnicy to nie zrobiło, poza tym, że nie musiałam już dygać na tych holownikach.
Któregoś razu, gdy nie miałam z kim jechać na patrol, poszłam sobie do cel więziennych porozmawiać z więźniami o tym jak się czują, czy niczego im nie brakuje, a nawet dla zabicia nudy. Fakt, są przestępcami, ale to nadal ludzie. Otworzyłam wszystkie cele pozwalając tym, co nie spali wyjść sobie na spacerniak, pogadać, rozprostować kości. Były dwie dziewczyny złapane podczas ucieczki, jeden burak z centrum i czwarty dosyć postawny czarnuszek.
Burak z centrum szybko pokazał jakim to jest burakiem i zadziałał mi na nerwy. Zaczął się awanturować i rzucać, dostał pałką po nogach – nic, dostał gazem – też nic. W końcu czarnuszek, który do tej pory stał pod ścianą i coś wcinał podleciał do typka i go skasował jednym uderzeniem w głowę. Byłam dosyć zaskoczona, spojrzałam na niego i w jego oczach widziałam, że nie ma zamiaru zrobić mi krzywdy, choć był bardzo blisko. Odchrząknęłam, jako iż gardło mi zwięzło, to nieprzytomnego kolegę złapałam za ciuchy i zaciągnęłam do izolatki wracając do czarnuszka, który usiadł sobie w tym czasie na schodkach.
Zebrało się małe kółko różańcowe, te dwie dziewczyny, ja i czarnuszek. Rozmawiało się luźno i całkiem spokojnie, nawet wkręciłam się w tę rozmowę głównie skupiając się na murzynku. Był wysoki, dobrze zbudowany, luźno ubrany, a z kieszeni wystawała mu niebieska bandana – Crips.
Rozdział XI
"Nie powinnam..."
Byłam sama na bloku z oficerów, ja i troje więźniów. Do tej pory spędziłam dobrą godzinkę w areszcie, gdy wszedł oficer wyższy stopniem. Widząc czarnuszka wyciągnął paralizator, na wypadek W. Widać było, że się go przestraszył. Ja nie miałam nic, przebywając w jego okolicy czułam się dosyć bezpiecznie, nie potrzebowałam broni ani innych środków obrony, a te dwie laski obok, sama bym zdmuchnęła lewą ręką.
Starszy stopniem poinformował mnie, że gdy będę wychodzić to mam zamknąć wszystkich spowrotem do cel. Fakt dosyć oczywisty, ale co tam. On wyszedł i znów zostaliśmy w czwórkę. Razem z DJ’em, bo do tego czasu zdążył się przedstawić odeszliśmy na bok rozmawiając już dosyć otwarcie, szczerze i muszę przyznać, że miał w sobie to „coś”.
Wtedy padła jednoznaczna propozycja z jego strony. Troszkę się zdziwiłam, że zapytał o to tak wprost, ale podobała mi się jego postawa. Wyszeptał mi na ucho jeszcze kilka sprośnych rzeczy, a moje nogi zaczęły się robić coraz bardziej miękkie. Pomyślałam przez chwilę o Nialu, z którym było mi tak dobrze, choć mnie porzucił, a minęło już wiele miesięcy to nie chciałam wiecznie czekać na niego. Postawiłam wszystko na jedną kartę.
Było już grubo po północy, więc zamknęłam dziewczyny w pierwszej celi przy wyjściu, natomiast sama z DJ’em poszłam do ostatniej celi. Byłam pewna, że chcę to zrobić, nie myślałam o konsekwencjach, w końcu mój plan był szczwany. Zamknęliśmy się razem i cóż… Stało się. Starałam się być jak najciszej, chociaż nie wywoływał we mnie takich emocji jak Nial. Nie chodziło o to, czy go kocham, bo robiłam to czysto fizycznie – miałam chcicę, ale on też nie zaszalał i myślał, że wielkością nadrobi zręczność. Tak czy siak doszłam mrucząc w poduszkę, napięcie, które kumulowało się we mnie od miesięcy zeszło i ubrałam się starając doprowadzić do jako-takiego ładu i składu. Pożegnałam się z DJ’em zostawiając go w celi i poszłam do domu.
Wykorzystałam go, albo on mnie – ciężko stwierdzić. Po tej akcji, gdy wyszedł na wolność postanowiłam się z nim spotkać. Zajechałam na Willofield, gdzie pomieszkiwał, zabrał mnie na spacer i ogólnie było miło. Jednak po kilku dniach widocznie znudziłam mu się. Przestał odbierać telefony, a gdy już odebrał to był zajęty, cóż… Nie mogłam na wiele liczyć, on gangster, ja oficer to nie mogło wyjść. I tak się zakończyło więzienne Love Story.
Rozdział XII
"Może ty?"
Minęło kilka tygodni od tego zajścia. Wtedy jakoś natknęłam się ponownie na Sergueia. Porozmawialiśmy trochę, dosyć szczerze nawet. Znów mnie podrywał, ale powiedziałam, mu, że odpycha takim zachowaniem jakie okazał mi w Detektywach, więc zaprosił mnie do siebie do domu na obiad. Cóż, zgodziłam się, chociaż dosyć niechętnie.
Wbrew pozorom gotował nawet dobrze, pamiętam, że mi smakowało. Krótkie pierdu, pierdu i już zaczął się do mnie przystawiać, a ja się grzecznie pożegnałam zostawiając go z pełnym żołądkiem i jajami. Chciało mi się śmiać z obecnej sytuacji, chociaż był niezgrabny, to jednak zabawny i w pewnym stopniu przyciągał mnie do siebie. Okazało się, że jak chcesz to potrafisz być miły i romantyczny. I taki właśnie był następnego dnia. Romantyczna kolacja, czułe słówka i cóż, znów wylądowałam w łóżku. Tym razem z Sergueiem.
Chłopak był boski. Przebijał umiejętnościami Dereka i DJ’a razem wziętych, nawet mogę stwierdzić, że był lepszy od Niala. Tyle, że Nial był bardziej rodzinny, a Serguei, ohh... Znał się na rzeczy. Robiliśmy to praktycznie dzień w dzień, był taki dobry, że nie chciałam wychodzić z łóżka. Ale czasem trzeba było…
Rozdział XIII
"Koniec dobrego"
Minęło kilka dni, a ja mając rewolwer od ojca jechałam późną nocą w okolicy centrum. Zatrzymałam się przy trzech podejrzanych typach w maskach, którzy praktycznie na środku ulicy tłukli jakiegoś białasa. Szybko się spruli do mnie, abym wypierdalała i te sprawy. Byłam jednak po służbie, ale broń miałam, więc wysiadłam z wozu, a ci na mnie lecą z pięściami. Więc każdy który się zbliżył zerwał po kulce w nogę i padli na ziemię nieprzytomni.
Serce mi biło znacznie szybciej, gdy huk ustał. Przypomniałam sobie o napastnikach, gdy byłam w ciąży. Czarny premier, maski i ich troje. Natychmiast się przeraziłam, że to mogą być oni, przeszukałam każdego z osobna by znaleźć dokumenty – oczywiście żaden nie miał, lecz jeden z nich miał paczkę z narkotykami. Szczerze mówiąc miałam wtedy spory problem z narkotykami zarówno w wojsku jak i w LSPD, gdyż brałam je na potęgę, więc zabrałam paczkę, wsiadłam w auto i zwiałam stamtąd, zanim się ocknęli.
Wróciłam do domu, synek spał, mama spała a ja nabuzowana adrenaliną, narobiłam trochę hałasu wchodząc do łazienki. Obmyłam łapki i natychmiast przyszykowałam dawkę do wstrzyknięcia sobie w żyłę. Rach ciach i po sprawie. W kilka chwil napięcie zeszło, a ja odpłynęłam w kolorowy, cudowny świat.
Rano obudziłam się cała zarzygana w łazience, jakby po kacu z wielkim oporem udało mi się podnieść i podejść do umywalki, by obmyć twarz. Jednak kilka chwil później zebrałam się w kupę, posprzątałam po sobie wymiociny, schowałam paczkę z dragami do sejfu w ścianie, wzięłam prysznic i nie było po mnie śladu zombie.
Dobrze się złożyło, bo kilka chwil później nastał wielki huk, drzwi zostały wyważone, a do pomieszczenia wpadł oddział SASF’u pod nadzorem DEA z Detective Division. Na moje szczęście niczego nie znaleźli, a tym bardziej sejfu, który był ukryty za szafką. Zabrali mnie natychmiast na przesłuchanie. Chodziło o sprawę z wczoraj, gdyż znaleziono moje odciski na ubraniach tamtych mężczyzn. Powiedziałam wszystko jak było pomijając jedynie fakt z paczką narkotyków. Pobrali mi krew i oddali do badania, które wykazało, że brałam jakieś narkotyki.
Dopytywali się o nie szczególnie, gdyż tamci trzej zeznali, że posiadali faktycznie sporą paczkę dragów, więc postanowili pociągnąć mnie za sobą na dno, a jako oficer Metropolitan Unit, byłam dosyć znana na mieście. Jedyny fakt przemawiający na moją korzyść był taki, że nie znaleźli ów narkotyków, a ja im zaprzeczałam. Słowo trojga przeciw jednej. Od aresztu uratował mnie jedynie brak dowodu w postaci narkotyków, jednak z departamentem musiałam się pożegnać. Oddałam broń i odznakę, a na radiu padł komunikat:
Lincoln-308, Rose Ping, End of Watch, out.
Rozdział XIV
"Weź się w garść"
Gdy powiedziałam mamie o całej sytuacji nie była zła. Była wściekła. Zrobiła mi mega awanturę jakbym znów była piętnastoletnią gówniarą. W końcu miała rację, bo się tak zachowałam. Wiedziałam, że ma chore serce więc nie chciałam, aby się denerwowała, dlatego postąpiłam dokładnie jak mi rozkazywała. Dragi wyciągnąć, wrzucić do toalety i spuścić – tak zrobiłam. Z wielkim bólem rozstawałam się z nimi, ale jak to mówią – łatwo przyszło, łatwo poszło.
Następnym krokiem mojej mamy było zapisanie mnie na odwyk. Powiedziała, że się zajmie dzieckiem, a ja na miesiąc wyjechałam daleko na północ pod samą granicę z kanadą. Codziennie sauna by wytrącić złe substancje z organizmu, dieta, spotkania z innymi uzależnionymi. I szczerze mówiąc pomogło mi to. Rozluźniłam się i wróciłam do miasta.
Niestety, mogłam się tego spodziewać. Oddaliliśmy się z Sergueiem dosyć daleko. Nie spotykaliśmy się prawie wcale, poza śniadaniami we wspólnym domu, choć i to nie zawsze wypaliło. On był zajęty pracą, albo uciekał do niej ode mnie, a ja snułam się z kąta w kąt po naszym wielkim mieszkaniu szukając sobie zajęcia.
Zaczęłam wychodzić z domu i chodzić do normalnej pracy w centrum. Codziennie tam jeździłam, choć mieszkałam na zupełnie innym regionie miasta, ale chciałam się wyrwać od rzeczywistości. Los chciał, że natrafiłam na pewnego czarnuszka o nazwisku Kevin Blake. Zatrudniłam się w kilku firmach, w których akurat on pracował, więc często się widywaliśmy. Podbijał do mnie zagadywał, było ogólnie miło, był troskliwy, przyjazny, opiekuńczy... Taki Nial, tylko nieoszlifowany.
Minęło kilkanaście dni, sytuacja z Sergueiem się nie zmieniała, a z Kevinem spędzałam coraz więcej czasu i w końcu zaiskrzyło.
Później podjęłam decyzję, której dziś żałuję.
Rozdział XV
"Dobre złego początki"
Spotkałam się z Sergueiem w domu na szczerą rozmowę. Oczywiście ten gdy wszedł, mógł się potknąć o moje walizki. Postanowiłam się wyprowadzić i wrócić do swojego mieszkania. Nie widziałam wtedy przyszłości dla naszego związku, a sam temu nie zaprzeczał. Rozstaliśmy się w zgodzie, przytuliliśmy na koniec, a mi uleciała łza, lecz nie było sensu tego ciągnąć dalej.
Zabrałam walizki i pojechałam do siebie, po czym spotkałam się z Kevinem. Porozmawialiśmy ciepło, ten jak zwykle mnie pocieszył i cóż, po kilku dniach zostaliśmy parą. Mijały dni, tygodnie, gdy w końcu postanowił mi się oświadczyć. Wtedy byłam zauroczona, chociaż inni mówili zostaw go, to jest kretyn, to nie słuchałam. Zgodziłam się.
Na ślub nie trzeba było długo czekać, bo zaledwie kilka dni, ogarnęliśmy na szybko ciuchy wyjściowe samochód, a wesele zorganizowaliśmy w warsztacie, w którym jest on prezesem. Niby wszystko w porządku, wyjechaliśmy w podróż poślubną na tydzień do Karaibów, po powrocie zaczęliśmy małżeńską codzienność, jednak nie była ona taka zła. Było jednak w tym wszystkim czegoś za dużo, lub za mało. Z czasem spędzaliśmy coraz mniej czasu, a widywaliśmy się tylko w warsztacie. Praca była dla niego ważniejsza, a to coś zamówić, a to coś... Nie było mi poświęcane tak wiele czasu jakbym chciała, ale wciąż jednak byłam z nim.
Rozdział XVI
"Koniec tego"
Mijały tak miesiące, a nawet lata wzajemnej egzystencji, raz było lepiej, a raz gorzej, chociaż miałam tego już dość, to coś mnie jednak trzymało przy nim. Pewnego dnia jednak pałka się przegięła.
Dostałam informacje od znajomych, że mój mężuś chwalił się jak to mnie zdradza. Ci znajomi nie byli ze sobą powiązani, więc nie było opcji, aby mogli się zgadać. Na dodatek widziałam go z jakąś cizią na motocyklu co już zupełnie przelało czarę podejrzeń.
Gdy poszłam z nim porozmawiać byłam dosyć spokojna. Nie rzucałam się z agresją, ani nic. Chciałam sobie wszystko wyjaśnić. Ten się głupkowato zasłaniał, ale ja swoje wiedziałam. Rzuciłam w niego obrączką i wyszłam. Nawet nie płakałam, bo jak można płakać po kimś, do kogo uczucie już wygasło. On starał się jeszcze do mnie dzwonić, przepraszać mnie, jednak ja nie ulegałam. Wzięłam z nim rozwód, chociaż nic nie załatwialiśmy na papierze, to on dobrze o tym wiedział.
Rozdział XVII
"Nowy styl"
Po Kevinie postanowiłam, że nie będę już wchodzić w związki. Będę wolną kobietą, samodzielną. Po co mi kolejne zmartwienia, nie?
Minęło kilka tygodni od rozstania z Kevinem gdy napotkałam na jego znajomego Theodora. Pytał jak tam, mi się życie układa i tak dalej. Opowiedziałam mu o wszystkim włącznie z Kevinem, w międzyczasie pojechaliśmy na wycieczkę. Minęło kilka dni takiego spotykania i usłyszałam od niego „nie chcę się wiązać” co było dla mnie idealne w tamtej sytuacji, bo ja też nie chciałam. Oboje nas ciągnęło do siebie, więc pojechaliśmy do niego i zrobiliśmy to. Bez zobowiązań, bez niczego, na szybko, na stole i zajebiście.
Nie sądziłam nigdy, że spotka mnie kiedyś taka przygoda, ale cieszyłam się, miałam pewną odskocznię, a chcicę miał przynajmniej kto uspokajać. Jednak długo to nie potrwało, bo Theodor zupełnie wyparował, jakby ślad po nim zaginął i już się nie pojawiał. Było mi go trochę szkoda, ale cóż, nie wiązaliśmy się, więc nie wiązałam z nim przyszłości, tudzież nie szukałam go na siłę.
Rozdział XVIII
"Znów w departamencie"
Mijały kolejne miesiące, a nawet lata, a ja nic nie robiłam ze swoim życiem. W międzyczasie Detective Division przemianowano na Detective Bureau i od tamtego czasu, całkiem dobrze sobie radzili z rozpracowywaniem grup przestępczych na So’Central.
Złożyłam tam podanie i po kilku dniach się dostałam. Zajechałam na Dilimore zgodnie z wytycznymi, gdzie nastąpiło przyjęcie na akademię. Na liście było zapisanych pięć osób, a pojawiły się tylko trzy - włącznie ze mną. Zabrano nas na Bayside, gdzie znajdował się akademik DB, oczywiście mundurek i zakaz opuszczania miasteczka. Spędziliśmy tam długie dziewięć dni, bez żadnych restauracji, barów niczego... Nudy totalne.
Akademię ukończyłam jako jedyna, reszta nie zadała – cóż, szkoda. W ogóle na tę akademię ktoś wyłożył chuja za przeproszeniem i commander miał ją w dupie. Pomimo tego, że zdałam, musiałam czekać kupę czasu zanim otrzymam odznakę, broń, cokolwiek. W końcu mogłam zabrać się na patrole.
Jako wyższa rangą była nade mną Shaylee i miała zdać raport z moich postępów jako Constable. Tak, ta sama Shaylee co z wojska. Miałyśmy co wspominać, choć już tak bardziej na topie koleżeńskiej, a nie kierownik i pracownik. Dni mijały, codziennie jakieś pobicia, zwłoki i inne takie duperele, nadszedł dzień, w którym awansowałam na Detektywa pierwszego stopnia.
Najbardziej cieszyłam się z faktu, że nie muszę się nikogo prosić o patrole, a sama mogę jeździć i nie marnować czasu na HQ. Oczywiście wszystko podlegało naszemu kapitanowi Liamowi Caliemu. Jego też znałam z wojska, chociaż niezbyt lubiłam, to darzyłam sentymentem z tamtych lat.
Jednak Cali okazał się być krawatem jakich mało i czepiał się praktycznie wszystkiego, czego mógł. Mimo wszystko nie dałam sobą pomiatać, a on bardzo to lubił. Commander się śmiał, że nasz kapitan w chuja wali, co też podłapałam i często mu to po służbie mówiłam. Jednak pewnego dnia, uczepił się innej pani oficer Charlotte Beavers czy jakoś tak. Kazał jej stawić się na DB HQ, po czym usnął w holu. Gdy ta się zjawiła żartem zarzuciłam:
"Madame wybaczy, ale kapitan Liam Cali w chuja wali i poszedł spać."
Ta się jedynie zaśmiała, na szczęście Cali tego nie słyszał, lecz po kilku chwilach się obudził i zaczął ją tam opierdalać za co musiał. Następnego dnia pani Beavers znów podpadła Caliemu. Cieszyłam się, że w końcu zszedł ze mnie i objął sobie kogoś innego za cel. Na radiu panowała mega kłótnia, miedzy nią, Calim, a commanderem Gambino z GU. Zrobiłam wtedy rzecz, której nie powinnam. Przystawiłam telefon do radia i zaczęłam nagrywać rozmowę, bo pośmiać się dało, a brzmiało to:
"Gambino: (..) radzę jechać skoro kapitan prosi, over.
Beavers: (..) ten kapitan to idiota, szefie, nie będę z nim rozmawiała, how coppy, over?
Gambino: (..) to zapraszam do mnie do biura, over.
Beavers: (..) nie widzę takiej potrzeby, End of Watch, bo Liam Cali w chuja wali, bez odbioru."
I wtedy moją głupotą było wrzucenie tego na internet. Filmik w ciągu kilku dni złapał ponad sto tysięcy wyświetleń, a mnie Commander szybko namierzył i dołączyłam do panny Beavers.
Rozdział XIX
"Ostatnia deska ratunku"
Na moje szczęście złożyłam wcześniej podanie do oddziału specjalnego Delta Force – dawnego SASF’u. Kolejna akademia, na której było zaledwie kilka osób, więc była ona niestandardowa. Miałam jakiegoś pecha co do tego. Plus był taki, że nie musiałam być zamknięta w bazie wojskowej, chociaż powrót do korzeni... Czemu by nie.
Akademia minęła, nadszedł czas egzaminu, taktyki przećwiczone, pisemny zdany, została tylko praktyka. Nie wiem, czy to moje szczęście czy talent, ale jest to kolejna akademia, którą przeszłam bez zastrzeżeń. W MU prawie najwięcej punktów, znacznie więcej od reszty, do DB dostałam się jako jedyna, a Delta Force... Przeszli wszyscy, ale jako jedyna bez zastrzeżeń.
Dzień w którym opuściłam szeregi DB, stał się pierwszym w szeregach Delta Force. Myślałam, że będzie więcej się działo, jednak cóż... Minęło kilka tygodni, i zdarzały się ciekawe akcje, szturmy czy coś, ale niestety była to rzadkość w ciągu dnia, takie realia, przykre, ale jednak.
Rozdział XX
"Ostatni raz"
Pewnego dnia generał zarządził zebranie dla wszystkich jednostek US Army, FBI, i LSPD, w nawiązaniu do ostatniej akcji, którą przegraliśmy na kontenerowcu przy San Fierro. Zjawili się wszyscy, i pojawił się nawet szanowny i sławny ostatnimi dniami kapitan Liam Cali. Zebranie się rozpoczęło, na podwyższeniu stał generał i coś tam biadolił, później FBI, aż nastała chwila na pytania. Liam Cali wstał i zapytał się o coś, czego już nie pamiętam, ale padło pytanie „czemu?”. Ja byłam bardzo inteligentna i napisałam mu SMS-a. „Czemu, bo w chuja walisz”.
I to był kolejny mój błąd. Cali się oburzył i naskarżył, że ktoś go obraża. Przyznałam się licząc na wyrozumiałość, wyjaśniałam, że się znamy i tak dalej, lecz to nic nie pomogło. Zostałam poinformowana, że od jutra nie będę członkiem jednostki Delta Force, ani US Army.
Co mi zostało, przebrałam się, spakowałam i udałam do domu. Broń schowałam do sejfu, wyłączyłam radio i poszłam się przespać. Powiedziałam sobie, że to ostatni raz, już więcej nie będę pracować w departamencie, mam dosyć. Wyjechałam na miasto, gdzie okazało się, że mnie szukano. Szybko mnie zawinęli, zjechało się kilka radiowozów, w tym generał i zabrali mnie na przesłuchanie. Nie chciałam im wyjawić gdzie broń, bo po co. Zabraliby mi ją, a ja i tak bym nic z tego nie miała, a nóż się uda. Przeliczyłam się.
Rozdział XXI
"Torturuj, a będzie ci dane..."
Generał namierzył szybko mój adres, mój samochód i wpadli z jednostkami do środka szukając tejże broni. Drzwi wyważyli, okno w samochodzie wybili, tyle do remontu...
Jako iż milczałam, generał podjął się innej metody. Zawieźli mnie na FBI, gdzie zaprowadzono mnie do ich pokoiku tortur. Stał przy tym James Starve, były major i generał w US Army, obecnie federalny no i Jeremy Nelson, który z MD przeniósł się do fedziów. Przywiązali mnie w kilku do krzesła, bo jeden nie był w stanie, po czym na dzień dobry dostałam gazem po twarzy. Piekło niemiłosiernie zarówno oczy jak i śluzówki, więc postanowili dać mi się napić. Wsadzili butelkę z wodą w usta i ściskali bym się zadławiła. Na koniec rozlał resztkę po moim brzuchu i docisnął paralizatorem. Czułam się jak na krześle elektrycznym, choć pewnie wtedy byłoby gorzej.
Po takiej serii tortur, w końcu miałam dość i powiedziałam im prawdę. Wyciągnęli z sejfu broń, a mnie oddano w ręce generała, w tragicznym stanie. Od razu poprowadzono mnie przed sąd, gdzie oskarżono mnie o utrudnianie śledztwa. Wyjawiłam wszystko na rozprawie, włącznie z torturami, ale jednak byłam sobie winna, więc sąd skazał mnie na karę grzywny.
EPILOG
Powiedziałam sobie nigdy więcej. Skończyła się era dobrej i praworządnej Rose. Postanowiłam wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę tym, którzy doprowadzili do mojego upadku.
Ale co przyniesie przyszłość i jakie będą tego konsekwencje...
Zobaczymy.
OOC
No cóż, w końcu po ponad kwartalnej przerwie dokończyłem całą historię Rose do czasów współczesnych.
Natchnieniem był oczywiście brak neta przez jeden dzień, a bez tego mogłoby to leżeć jeszcze dłużej.
Nie wiem czy będę jeszcze kontynuował ten wątek, pewnie już w osobnym temacie z nowym nickiem.
Tak czy siak, wydarzenia, jakie spotkały mnie w grze, przeniosłem na papier i myślę, że parę osób zaciekawią losy prawej Rose.
Jednakże kończę z frakcjami porządkowymi na tym serwerze i wątpię,
by jakaś następna postać miała taką czystą kartotekę jak Rose.
Cóż, arivederci i miłej lekturki.
Pozdrawiam
Aktualizacja: 01/07/2016
Użytkownik Prostoocztery edytował ten post 01/07/2016 - 14:31


