KARTOTEKA POLICYJNA MIASTA LOS SANTOS, STANU SAN ANDREAS
Imię/imiona - Tupac Marcelo
Nazwisko - Ramsey
Rasa - Afrobrazylijczyk
Data urodzenia - 1996 XII 24
Miejsce urodzenia - Hospital Geral de Bonsucesso
Miejsce zamieszkania - Anzac, Willowfield
Stan cywilny - Wolny
Zdjęcie
====================================================

====================================================
Narodziny i dzieciństwo
No więc urodziłem się no w sporym mieście w Brazylii, a dokładniej w Rio de Janeiro, około godziny czwartej nad ranem w szpitalu Hospital Geral de Bonsucesso, ważyłem około 2,6kg. Matka chciała mi dać na imię Edmundo, masakra... ale ojciec na szczęści wybrał imię Tupac, lecz matka też musiała mieć jakiś swój udział, nie? No więc wybrała drugie imię Marcelo. Po wyjściu z szpitala pojechaliśmy do domu, pewnie myślicie jakaś willa z basenem czy coś w tym stylu... ale mylicie się, moi starsi ledwo wiązali koniec z końcem. Moim domem okazał się małe mieszkanko, koło 50 m2 na faweli. Mój o dwa lata starszy brat Leonardo był oczkiem w głowie moich rodziców, czasami nawet potrafili mnie zostawić głodnego byle by tylko starszy syn nie był głodny, ale nawet i dla niego zbliżał się koniec tych rarytasów. Matka znów zaszła w ciążę, po dziewięciu miesiącach na świat przyszła Francisca. Mając sześć lat poszedłem do szkoły, na początku wiadomo więcej zabawy niż nauki. Wtedy też brat Leonardo zaczął mnie wkręcać w swoje środowisko, na początku nie chętnie z nim chodziłem do jego kumpli, którzy byli o wiele starsi. Po jakimś czasie się do nich przekonałem, razem graliśmy w wiele gier... często chodziliśmy grać w piłkę nożną, lecz mnie to nie kręciło, wolałem grać w kosza. Mając dziesięć lat zaczęło się, pytacie co? Rodzice nie mieli pieniędzy, żeby nas wyżywić, więc przyszło kilku czarnuchów do domu i zaoferowali pomoc, ale za darmo? Nie! Ceną byłem ja i Leonardo, oboje musieliśmy zacząć kraść. Dobrze nam to szło, zarabialiśmy tyle kasy, że starczało nam na większość potrzebnych rzeczy. Kiedyś przyłapała nas policja, dali nam tylko upomnienie... oboje się przestraszyliśmy, że możemy pójść do więzienia. Postanowiliśmy oboje zrezygnować z tego, ale było coś dlaczego nie mogliśmy odejść. Carlitos nam zagroził, że zajmą się naszą rodziną... więc zostaliśmy. Kilka lat później nie musiałem kraść już pieniędzy, miałem inne zadanie teraz, musiałem pilnować żeby nikt niechciany nie wszedł do faweli, jak tylko tak by się stało miałem dawać znać na krótkofalówce. Teraz często też musiałem interweniować w obronie siostry, która miała już szesnaście lat, co chwile ktoś ją zaczepiał. Raz prawie bym zabił jednego faceta, który chciał ją zgwałcić, na szczęście zjawiłem się w odpowiednim czasie i rzuciłem się na niego z taką złością, że nawet nie wiedziałem co robię. Facet był cały we krwi, ale mu odpuściłem, ponieważ nie lubię krzywdzić ludzi, po prostu mnie poniosło. Mając siedemnaście lat szykowało się coś co zmieniło moje życie. Z kilkoma mordkami z Faweli szykowaliśmy napad na bank, podjechałem wózkiem pod bank gdy już reszta w nim była. Po pół godziny wybiegł Ronaldo i wrzucił mi na tył wozu torbę, a sam gdzieś uciekł. Powoli ruszyłem, ale jak to przeważnie w bankach jest był alarm... policja mnie zauważyła i ruszyła za mną. Nie oglądałem się zbytnio za siebie, ale było kilka radiolek, w pewnym momencie stała się ciemność, straciłem przytomność i wjechałem wozem w mur. Pół roku byłem w śpiączce, gdy się ocknąłem to był przy mnie Ronaldo, odwiedzał mnie dziennie przez miesiąc, aż do momentu gdy przyszedł ostatni raz dając mi trochę drobnych i bilet na samolot. Powiedział żebym uciekał, bo grozi mi kilka lat za współudział w napadzie na bank. Więc wyszedłem z szpitala i udałem się na lotnisko gdzie wsiadłem do samolotu.
Nowe miejsce, nowe znajomości
Stało się, doleciałem do Los Santos, bałem się strasznie w nowym miejscu. Pierwsze co to postanowiłem poszukać mieszkania, znalazłem! Na blokowisku Anzac, poszedłem obejrzeć mieszkanie i postanowiłem je wynająć... jeden problem z głowy. Ale pojawia się drugi problem, przecież z czegoś trzeba żyć, prawda? Postanowiłem przejść się i poszukać jakiejś roboty, dotarłem na 85' Street.. pierwsza moja reakcja to wielkie zdziwienie. Wszyscy chodzili ubrani na niebiesko, niebieskie gabloty, prawie jak w świecie smerfów. Postanowiłem zaklimatyzować się w otoczenie i też zacząłem od wtedy ubierać się w ten sam kolor, miejsce te troche przypominało mi moją fawelę, ale się nią sporo różniło. Było tu bardzo kolorowo, tak mi się bynajmniej zdawało dopóki nie zauważyłem wyjeżdżających czarnuchów z ciałem podziurawionym jak ser szwajcarski. Poznałem tutaj wiele osób, Kymani Watson, Jason Styles, Craig George... to nie wszyscy za dużo ich aby wymieniać po kolei każdego. Najbardziej mi się spodobała pewna parka, wyglądali na szczęśliwych i tak było... chodzi tutaj o Jane i Clifford'a Casey'ów. Od początku ich poznania ich polubiłem jak nikogo przedtem, z Jane często rozmawiałem o różnych sprawach, lecz z Cliff'em znowu wygłupiałem się jak małe dzieci. Pewnego razu biliśmy się, każdy myślał, że o coś poszło i Cliff' mnie zaraz zabije, ale my oboje wiedzieliśmy, że to tylko zabawa. Nasza zabawa zakończyła się na naszym upadku z dachu, Cliff' lekko się poobijał, ja straciłem przytomność. Oczywiście na chwilę. Nawet nie zauważyłem kiedy, a otrzymałem brązową bandanę. Cieszyłem się jak małe dziecko, bo jakby nie było czułem, że zyskuje nową rodzinę, za którą można oddać życie. Mieli mnie na dzielnicy za świra, mówili że moje batoniki są chyba z zielskiem, bo jakby nie było gonienie kota przez kilka minut mówiąc, że potrzebny na obiad to nie jest normalne. z Clifford'em postanowiliśmy razem trochę zarobić, więc wzięliśmy trochę przeterminowanej czekolady, ryż, sos czekoladowy i odrobinę zielska, zrobiliśmy cukierki, które dobrze się sprzedawały. Z jakimś czasem zaczęliśmy eksperymentować i do naszych cukierków wlaliśmy środek przeczyszczający, Franklin Bangson się poczęstował i do końca dnia nie wychodził z kibla. Przyjaźń z Cliffordem nie trwała długo, jakiś czas po tym jak zrobiliśmy cukierki Cliff zmarł, załamałem się bardzo. Każdy mówił, że popełnił samobójstwo, lecz ja mówiłem, że nie on... ON BY NIE BYŁ W STANIE SIĘ ZABIĆ. Oczywiście wiedziałem, że Cliff' był ostatnio jakiś przybity, ale wierzyłem, że sam sobie życia nie odebrał. Jane' też uważała, że popełnił samobójstwo, ale ja jej powiedziałem, że ktoś go zamordował i ja tego kogoś dopadnę. Nie zauważyłem nawet kiedy, a Big J' i Kym' wywieźli mnie na plażę i zadali kilka pytań... na jedno tylko źle odpowiedziałem, na resztę idealnie. W pewnym momencie Kym' wręczył mi niebieską bandanę, a Big J' wyrył na karku "C", od teraz byłem członkiem rodziny. Czas mijał szybko, w pewnym okresie ludzie na dzielnicy zaczęli znikać... stało się, rodzina na jakiś czas podupadła. Na ulicy było pusto jak na cmentarzu, zaczęły łazić plotki, że dawne czarnuchy zaczęły chodzić w garniakach. Nie wiem ile w tym było prawdy. Kolejny ważny etap w życiu Po tym jak na dzielnicy zrobiło się pusto, wraz z Will'em i Jane' usiedliśmy przy piwku przy rozmowie, a po chwili wyłoniły się z domku kolejne mordki był wśród nich Demyan Jones, trochę za nim nie przepadałem, ale później się do niego przekonałem. Po kilku dniach wyszli także Dayton Lagos, Big J', Kym', Ice'... Osiemdziesiątapiąta znów zaczęła tętnić życiem. Doszło także pare nowym mordek, na dzielnicy pojawił się między innymi Sean Cunningham, ten czarnuch od razu mi podpadł. Lecz mimo, że go gnębiłem nie czułem do niego nienawiści, chciałem dać mu szansę. Wziąłem go kiedyś na próbę, kazałem mu obrobić pewnego typa. CUNN' oczywiście wyszedł z jakimiś fantami, ale z garażu wyłonił się napakowany czarnuch, sapał się do CUNN'a. Powoli zacząłem iść do nich, ale zauważyłem, że czarnuch chce Sean'a uderzyć to ruszyłem pełną parą i pchnąłem CUNN'a na ziemię, a sam zebrałem strzał w prawy policzek.. padłem nieprzytomny. Wtedy CUNN' podniósł jakiś klucz francuski i zaczął okładać czarnucha, gdy się ocknąłem tylko zauważyłem obok mnie ciało skatowanego czarnucha. CUNN' odwiózł mnie na dzielnicę i tam pomógł się ogarnąć. Po dłuższym czasie zostaliśmy przyjaciółmi. Na ulicy pojawił się także Shaylan Casey, syn Clifford'a, od razu z nim się dogadywałem, czarnuch podobny z charaktery do swojego ojca. Nadszedł czas, że Big J' i Day' pojechali ze mną gdzieś w kanały, myślałem że to mój koniec, ale ku mojemu zdziwieniu na karku zostało mi wyryte "R", teraz już miałem "CR". Poznałem też Hailee', siostra Quinton'a Hill'a, zaprzyjaźniłem się z nią i wyszło tak, że z nią spałem. Okazało się, że za pierwszym razem już zmajstrowałem jej dzieciaka, jej brat wtedy mnie zlał porządnie, na środku ulicy. Wszyscy tylko patrzyli jak mnie okładał pięściami. Nie byłem z nią długo, gdy syn się urodził powiedziała, że nie jest gotowa na dziecko, ale zanim go urodziła była już z William'em Neal'em. Ja syna zawiozłem do rodziców w Brazylii, wysyłam pieniądze na jego utrzymanie i wszystko opłacam co jest z nim związane. Był okres, że musiałem jeździć do lekarzy, bo wykryto, że mam raka w głowie. Na początku tylko w ciągu dnia, ale później musiałem wyjechać do Brazylii na leczenie, gdy wróciłem było już inaczej. Dowiedziałem się, że Hailee' nie żyje, nie płakałem za nią, bo pogodziłem się z rozstaniem, ruszyło mną tylko to, że syn nie będzie miał matki. Jane' miała już nowego faceta, Thug'a i miała z nim syna Kesh'a... Kesh' i Shay' byli braćmi z innych ojców, łączyła ich tylko matka i nie było widać w nich bratniej miłości, mieli między sobą jakieś małe spięcia. Pewnego wieczoru poznałem Monicę, która wprowadziła się gdy byłem w Brazylii... pojechałem z nią i Troy'em poza miasto, i zadawałem Troy'owi głupie pytania, aż w pewnym momencie wjechałem mu z buta w klatę i wpadł do wody. Nie chciał czarnuch wyjść z wody, więc postanowiłem go wyciągnąć, ale przy okazji wrzuciłem Monicę i wtedy się zaczęło. Zaczęliśmy ze sobą spędzać dużo czasu aż w końcu zostaliśmy parą. Kiedyś Monica podeszła do mnie i powiedziała, że musi mi coś ważnego powiedzieć, okazało się że znów będę ojcem, ucieszyłem się. Jakiś czas później się jej oświadczyłem, nikt o tym nie wiedział, dopiero gdy zauważyli u niej pierścionek zaręczynowy. W międzyczasie Kesh' wylądował na wózku, postanowiłem mu pomóc i otworzyłem fundację, po długim czasie udało się uzbierać pieniądze na operację. Kesh' na nią pojechał i operacja się udała, czarnuch powoli uczy się chodzić na nowo. W czasie gdy Kesh' był na operacji Big J i Lazy wzięli mnie gdzieś na farmę, zaczęli zadawać jakieś pytania, po rozmowie Big J' na karku wyrył mi literkę "I". Teraz mam na karku "C.R.I" i jestem Bangerem, muszę teraz bardzo uważać, jeden błąd i koniec. Ale między mną i Monią zaczęło się psuć, lecz gdy nasz syn umarł to Monica ze mną zerwała. Załamałem się i to porządnie, śpię na moście, mało jem i powoli zamykam się w sobie... to jest złe, muszę wziąć się w garść, bo za jakiś czas będę kilka metrów pod ziemią. Ciąg dalszy... Po rozstaniu z Monicą szybko doszedłem do siebie, życie jako singiel lepiej do mnie pasowało, mogłem robić co chciałem bez żadnego trucia nad głową. Osiedle z każdym dniem odwiedzały coraz to nowsze osoby, jedni mieli przed sobą przyszłość, a drudzy niestety skończyli w piachu, ale większość przetrwała i wstąpiła do rodziny godnie reprezentując niebieski kolor, między innymi był jedną z tych osób Cappie Hill, który był synem Jezzy'ego i Britney, oraz wnukiem Dayton'a i Grizzly'ego... jak na Hill'a przystało szybko pokazał, czego jest wart i nie zawiódł rodziny otrzymując niebieską barwę i dwie literki na karku. Zaprzyjaźniłem się z Lindsay Ward, która była z Will'em, lecz rozstali się po tym jak porysowała mu wóz czy coś w tym rodzaju. Miała też siostrę, która niezbyt długo gościła na naszym osiedlu, chyba komuś podpadła i skończyła pod ziemią, no cóż, tak bywa. Lindsay później była z DJ'em, który no nie był dla niej zbyt wielkim wsparciem i nie wiedział o tym, że z Lindsay działo się coś złego. Gdy urodził im się syn Wizzy' to po jakimś czasie rozstali się przez zdradę DJ'a. Gdy Grizzly' brał ślub z Rachelle to ja z Lindsay mieliśmy zamiar wziąć ślub zaraz po nich, ponieważ Lindsay chciała DJ'owi pokazać, że da sobie bez niego radę i tym zrobić mu na złość. Ich syn wtedy poddał się praniu mózgu przez DJ'a oraz Thug'a i mnie oraz swoją matkę cisnął, znaczy... Lindsay wyzywał od najgorszych, ze mną tylko nie chciał gadać. Złagodziłem tą sprawę biorąc go na Anzac gdzie wpadliśmy w małe zamieszanie, od tamtego czasu powoli zaczął się przekonywać do matki, po kilku tygodniach już było normalnie. Ja z Lindsay doczekałem się troje dzieci, jeden niestety zginął, nie wiem jak, kiedy i dlaczego... może kiedyś się dowiem. Po długim związku z Lindsay doszło do małej separacji, w momencie gdy na osiedlu zaczęło się psuć. Przez jakiś czas dzień w dzień wpadały do nas na osiedle psy, robiły zdjęcia, przeszukiwali i zgarniali osoby, które się rzucały lub miały coś nielegalnego. Pewnego razu wyjeżdżając z osiedla zauważyłem psiarnię jak kieruje się w stronę naszej ulicy, dałem znać na słuchawce i dzięki temu dałem szansę do ucieczki paru osobom, zajechałem na moment na most i zauważyłem jak gliniarze zgarniają naszych ludzi z osiedla do furgonetki, następnego dnia dowiedziałem się, że Big J' musi się ukrywać, a większość siedzi w pace, lecz garstka nas została. Musieliśmy się ukrywać aby i nas nie zgarnęli, osoby które później wyszły z paki zaczęły powoli znikać z osiedla, jakiś czas od wjazdu na osiedle zostało nas z pięciu chyba. Każdego dnia sprawdzałem czy wróciły stare dobre mordeczki, ale nic nie było widać, osiedle obumarło, a nasza rodzina znikła z Los Santos, zostali tylko nieliczni. Pewnego dnia spakowałem się i wyjechałem na lotnisko, gdy tam dotarłem wsiadłem w samolot do Rio de Janeiro i tam zamieszkałem na jakiś czas, czułem się tutaj jak czarna owca, mimo że to mój rodzinny dom. Teraz w rodzinnym mieście znów zaciągnąłem się do faweli i pomagam w rozprowadzaniu towaru po całej Brazylii, ale ciągle nie zapominam o niebieskiej rodzinie. Chyba najwyższy czas wrócić, ale jeśli dalej tam nikogo nie ma? A co jeśli wjadę na OSIEMDZIESIĄTĄ-PIĄTĄ, a okaże się, że nasza ziemia należy do czerwonej rodziny? Sam nie wiem co teraz robić, ale... muszę jednak tam wrócić, jeśli nie ma tam nikogo to bynajmniej z resztą co zostali odbudujemy niebieską rodzinę i znów będzie o nas głośno w Los Santos. CZAS WRACAĆ DO DOMU! Powrót? Niestety nie na długo. Po powrocie zauważyłem, że osiemdziesiąta-piąta próbowała ponownie wstać na nogi, Shemar' zbierał ludzi, a Willowfield znowu miało stać się niebieskie. Czy tak było? Niestety nie. Co prawda, Shemar' zbierał ludzi, ale niestety nie słuchali się go, więc postanowiłem mu pomóc i pomagałem trochę ustawiać ludzi. Po tygodniu zrezygnowałem z pomocy dla niego. Dlaczego? Nie chciałem aby mnie się bardziej słuchali niż Shemar'a, od tamtej pory chciałem aby sobie radził sam ludźmi, których sam zbierał. Dowiedziałem się także o śmierci Big J'a, a nie długo po nim odszedł także Dayton'. Wiedziałem, że po śmierci Big J'a Willowfield już nigdy nie będzie same, więc spakowałem swoje ubrania, pojechałem na cmentarz do przyjaciela Cliff'a, a zaraz po tym wyjechałem do rodzinnego Rio de Janeiro. Życie w Brazylii oraz kolejny powrót. Gdy wyjechałem do rodzinnego miasta to nie trzeba było mi dużo czasu abym czuł się bardzo dobrze, wyjąłem pieniądze z banku, następnie odwiedziłem kumpli i jakoś zaczęły się dzienne imprezy. Dzień w dzień, ciągle imprezowałem i paliłem dobry towar wprost z Jamajki popijając Cachacą. Po miesiącu przestało mi to starczać i odnowiłem znajomości u ziomków od towaru, tak... zacząłem bawić się w dilerkę na szeroką skalę... jak mi szło? Świetnie! Tak się wciągnąłem, że dziennie z dwa kafelki na plus minimum było, nawet specjalnie organizowało się imprezy aby towar w większych ilościach schodził. Po trzech lub czterech miesiącach postanowiłem rzucić ćpanie oraz wrócić do Los Santos. Nie oczekiwałem specjalnego powitania, ale po powrocie poszedłem na cmentarz odwiedzić grób Clifford'a, a gdy dojechałem pod swój dom, no właśnie... Wtedy zauważyłem brak mojego Esperanto, które było dla mnie cenniejsze niż reszta majątku, dlatego zgłosiłem kradzież na FBI, mimo, że ich nie trawię. Z komisariatu wróciłem pod mieszkanie gdzie spotkałem Charlotte i chwilkę porozmawiałem i wszedłem do mieszkania. Przez kolejne tygodnie nie wychodziłem z domu, jedzenie zamawiałem przez internet, zresztą jak wszelkie opłaty. Z każdym dniem moja psychika zaczęła siadać coraz bardziej, lecz ostatnio spotkałem starą znajomą osobę... w miarę mi to pomogło i zacząłem wychodzić z domu. Gdyby nie ta osoba to pewnie bym siedział teraz w psychiatryku, odizolowany od świata. OOC: Biografia nie jest najlepsza, ponieważ pisałem ją na szybko. Będę ją z czasem edytował i pominięte sprawy dopisywał oraz na bieżąco będę ją prowadził.
Użytkownik Dr Gumiś edytował ten post 01/01/2017 - 08:27


Ciekawie to nie było, chyba nawet nie minął miesiąc jak osiemdziesiąta-piąta znów opustoszała.
Trzymałem się zasady, że diler nie zażywa swojego towaru, dlatego gdy chciałem jakiś towar dla swojego użytku to szedłem specjalnie na drugi koniec miasta aby mieć towar jak najtaniej.


