KARTOTEKA POLICYJNA MIASTA LOS SANTOS, STANU SAN ANDREAS
Imię/imiona - WILLIAM RICHARD
Nazwisko - NEAL
Data urodzenia - 1990 IX 7
Rasa - afroamerykanin
Miejsce urodzenia - County General Hospital
Miejsce zamieszkania - Eighty-Five Street, Willowfield
Stan cywilny - żonaty z Jennifer Woods
Zdjęcie

====================================================
Kim jestem? - Ja jestem tylko protektorem, bronię tego co moje i nie pozwolę nikomu tego zabrać.
Akt I
Urodziłem się w tym fikuśnym szpitalu na Jefferson.

Z opowieści matki, kiedy miałem kilka lat dowiedziałem się, że powitał mnie na świecie mój ojciec, który pracował tam jako lekarz. Nieźle, co? Wróćmy jednak do sedna… Zaraz po moich narodzinach wprowadziliśmy się do bloków na ANZAC. Piękne czasy, naprawdę. Wystarczyło wyjść na klatkę schodową, żeby dostać wpierdol od jakiegoś starszaka któremu brakuje 50 centów do paczki “L&M’ów”.
Nie ma co się dziwić, że wyrósł ze mnie gangster, a nie przykładowo lekarz jak ojciec. Jak to zwykły dzieciak w latach dziewięćdziesiątych… bawiłem się z innymi pod blokami. Tak mijały pierwsze lata mojego życia.

Tuż po 12 roku życia, zacząłem razem z kumplami umawiać się na ciekawsze zabawy, niż berek. Chodziliśmy za blok w celu zajarania jakiegoś blancika, papieroska… wypicia piwerka. To był najpiękniejszy okres w moim życiu. Cóż, los tak chciał, że rodzinka przyłapała mnie kilka razy na “integrowaniu się” z buteleczką Pisswassera. W końcu mieli tego dość. Budzę się jednego dnia, a nade mną stoi matka, każe mi się ubierać i pakować manatki. Pod blokiem stał już wóz czekający na nasze bagaże. Taa, wyprowadzaliśmy się… Nawet nie wiedziałem gdzie. Po drodze dowiedziałem się, że jedziemy do Liberty City. Pamiętam jak dziś moją reakcję… Były nią słowa “Kurwa mać, dlaczego mi to robicie?”
Akt II
Czujesz ten zapach? Tak pachnie to pierdolone Liberty City. Od początku nie umiałem się tam zaaklimatyzować… Co tam robiłem? To co na ANZAC tylko bardziej ostrożnie. Oczywiście chodziłem do szkoły, matka mnie ganiała, kazała się uczyć, żebym wyrósł na ludzi… Zawsze myślałem, że chce mnie po prostu gnębić. Teraz zrozumiałem, że chciała dla mnie tylko i wyłącznie dobrze. Tak mijały lata mojego młodzieńczego życia.
Hah, nastał ten dzień! Mam już osiemnaście lat! Jestem pełnoletni. Niestety nie zabaluję na legalu, chujowe to prawo…
Akt III
Najgorszy dzień w historii. Otwieram oczy, wstaję, rozglądam się po pomieszczeniu i podbijam do skrzynki na listy, co tam znalazłem? Pierdolony list od “US ARMY” nawołujący mnie do stawienia się w najbliższej siedzibie, w celu rozpoczęcia służby wojskowej. Dlaczego? Nie wiem. Służbę wojskową zniesiono w latach siedemdziesiątych. Wiedziałem co zrobić. Odmówiłem od razu, miałem takie prawo. Nie chcieli tego respektować, ponoć miałem bogatą kartotekę i musiałem jakoś odpracować swoje grzechy. Przypomniałem sobie, że każdy stan ma swój kodeks prawny. Poinformowałem rodziców o moich zamiarach, spakowałem się, zgarnąłem trochę kasy - 28 lipca, wsiadłem do samolotu prowadzącego do Los Santos.
Akt IV
Wracają wspomnienia z dzieciństwa. Po sześciu długich latach wróciłem do mojego domu, Los Santos. Szkoda, że uciekając przed przymusem zapierdalania w mundurze za granicą, czy chuj wie gdzie.
Wziąłem taxi, za kurs obrałem ANZAC. Tak jak zawsze, za dnia widać tylko stare babki plotkujące na ławeczce i dzieciaki bawiące się w dokładnie taki sam sposób jak ja, dawniej. Wszystkie mieszkania w blokach były zajęte, kiepsko… Szczęśliwie dla mnie, znalazłem motel na ulicy obok, nazywała się Willowfield. Nie wiedziałem, że w przyszłości ten zlepek betonu z asfaltem będzie dla mnie czymś ważniejszym niż moje życie. Powitał mnie niejaki Slowy’. Czarnuch nosił w lewej kiermanie niebieską bandanę. Po kilku dniach, tygodniach obcowania z ludnością na osiemdziesiątej piątej, bo taki numer miało Willowfield, dowiedziałem się, że dla tego kawałka materiału każdy czarnuch jest w stanie zrobić wszystko. Z czasem i ja zapragnąłem go nosić. Wracajmy jednak do Slowy’ego, facet był nieźle przybity. Podobno jednego dnia utracił siostrę i najlepszego przyjaciela. Chujowa sprawa. Poczekałem do wieczora i jak zawsze wyszedłem na dwór przespacerować się przed wieczornym jaraniem przed telewizorkiem. Hah, ulica tętniła życiem. Tak poznałem resztę czarnuchów z ulicy. Tych ludzi nie da się zapomnieć… Podrywacz Dayton, burak DJ, prawilniak John’… Naprawdę, same zajebiste mordki. Po jakimś czasie poznałem także najbardziej skurwysyńskiego człowieka na ziemii, niejakiego Franklina Bangsona. Co to był za człowiek, nie potrafię tego opisać. Z moich obserwacji zobaczyłem, że całą ulicę w garści ma niejaki gang. Przypadkowo usłyszałem jego nazwę… Było to “CRIPS”. Zapadło mi to w pamięć. Na ich czele stało czterech czarnuchów,Kymani Watson, Craig George, inaczej Ice’ i Jason Styles który swoje przezwisko wyłapał tak, że po prostu był tłusty niczym olej w garnku. Tak, tak. Nazywali go Grubasem. Minęło kilka dni i już znałem praktycznie wszystkich którzy mieszkali, albo wciąż mieszkają, na osiem-pięć.

Akt V
Kolejne dni mijały bardzo szybko. Ciągle starałem się jakoś zaimponować czarnuchom z niebieskimi bandanami. Jeździłem razem z innymi szczurami, bo tak nas nazywali, na różnorakie akcje. Przykładem jednej z nich było tagowanie. Trzeba było pamiętać, żeby nie namalować czegoś o czym się nie miało pojęcia. Znałem takiego typa co pierwszego dnia na Willow’ namalował sześcioramienną gwiazdę. Wiecie co się z nim stało. W końcu postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Zacząłem zajmować się sprawami ośki, pomagałem jak tylko mogłem. Doceniono to, Kymani zabrał mnie razem z dwoma czarnuchami z barwą, na doki. Tam zostałem brutalnie obity, poddano mnie testowi. Szczęśliwie dla mnie, zdałem go i obudziłem się z brązową bandaną na karku. Dostałem szansę, nie mogłem jej zjebać. Gdy wróciłem na ośkę, widziałem oczy innych szczurów. Zazdrościli mi, chcieliby być na moim miejscu. W oczach czarnuchów z niebieską barwą nadal byłem gównem, po prostu się wykazałem i zostałem za to nagrodzony. Następnego dnia, pierwsze co zrobiłem to wytatuowałem sobie kilka dziar, między innymi “85’ST na lewym barku, ACAB na kostkach i EAST SIDE na górej partii pleców.

Wszystko się układało wręcz zajebiście… Miałem nawet własną duperę. Kobitkę z którą dorastałem. Nazywała się Tess Flores. Cóż to była za laseczka. Pamiętam, umawiałem się z nią na piknik, spacerki i inne tego typu romantyczne ścierwa.
Akt VI
Będąc bardziej doświadczonym szczurem, zabrałem się za pomaganie innym mieszkańcom ośki jak się przypodobać starszyźnie. Wykminiałem im zajęcia aby pokazali, że coś potrafią. Mój zapał do rozwijania czarnuchów na Willow był częściowo doceniany przez wyżej postawionych gangstuchów. Pewnego dnia podbiłem do Grubego, zajarałem z nim blanta… W końcu usłyszałem od niego takie słowa… “Zaraz będziesz mi potrzebny” i poszedł w stronę legendy Crips która powróciła na rewir, do Sammyego Washingtona, znanego jako Bobek’. Powiedział mu słowa które sprawiły, że na chwilę wstrzymałem oddech… “Już czas Bobek’” i zabrali mnie za miasto, do Palomino Creek, na molo. Tam zostałem poddany serii pytań dotyczących kultury ekipy z osiem-pięć. Zdałem test i ponownie zostałem brutalnie pobity. Szczęście po raz kolejny mi dopisywało, obudziłem się ze świeżo wyrytym C na karku za pomocą noża, i niebieską bandaną. Stałem się prawdziwym członkiem rodziny.

Zostałem gangsterem z Willowfield, należałem do CRIPS. Najbardziej skurwysyński człowiek na ziemii umarł, został odjebany bo cwaniakował do czarnucha starszej rangi. Nikt się tego nie spodziewał ale cóż, takie życie. Cripin’
Akt VII
Niewiarygodne, mam już dwadzieścia trzy lata, przeżyłem swoje jako gangster. Inni zwykle umierają przed dwudziestym pierwszym rokiem życia. Cóż, czas na Willow leci bardzo szybko. Pamiętacie Tess? Moją seksualną niewolnicę? Zajebała się… Kurwa mać, tego samego dnia miałem się jej oświadczyć. Ostatnio pare prawilnych mordek zniknęło z tego świata, kilka dopiero rozpoczęło swoją karierę na osiem-pięć. Dayton awansował w hierarchii, na karku ma już CRI i jest jednym z najbardziej doświadczonych czarnuchów na dzielni. Ekipa z którą się wychowywałem po przyjeździe na Willow także swoje zrobiła. DJ awansował na Tiny C, 2PAC także. Demyan może i w większości przypadków był chujem ale zawsze go lubiłem. Prawdziwy z niego brat, z resztą… Tak samo jak John. Wszystko zaczęło wychodzić na prostą. Shay’, syn Clifforda który kilka dobrych miesięcy temu się zajebał, odwiedza mnie czasami na Willowfield, ma mnie za wujka. Czy jestem dla niego dobrym przykładem? Chuj wie. Na South Central albo będzie Cripem albo trupem.
Akt VIII
Hah, zapowiadało się na najzwyklejszy wieczór z ekipą z osiem-pięć. Wszystko rozpierdolił nasz ukochany Ice który skoczył z mostu… Zajebał się… Kolejny czarnuch odbiera sobie życie. To jest jakaś patologia. Następnego dnia pochowaliśmy go razem z kuzynami z Seville. Najgorszy dzień w dziejach całych Crips.
Akt IX
Nastał ten dzień w którym Gruby uznał mnie za prawdziwego członka rodziny, takiego który oddałby za Crips życie. Nie mylił się, zrobiłbym to choćby i teraz. Zarał mnie razem z Bobkiem i Daytonem na doki, tam gdzie dostałem brąz… Po krótkiej rozmowie na moim karku pojawiła się litera R. Niesamowite uczucie, zaszedłem już tak daleko, a zarazem jeszcze wiele przede mną. Kto wie, może kiedyś będę tak doświadczony jak Gruby? Nigdy nie mów nigdy.
Akt X
Pidiki… zawsze nas prowokowały… W końcu straciłem siły, powiedziałem im co o nich myślę, zacząłem grozić. Wiecie co? Nie żałuję tego ani trochę. Najlepsze jest jednak to co te chuje ze mną zrobiły. Załadowali mnie do gabloty, ogłuszyli i wyrzucili na Chujferson… Teren Bloods, największych wrogów Crips. Trzeba te kurwy w końcu wytępić. Wracajmy jednak do tematu. Slooby ucieszone prezentem zabrały mnie za miasto, tam pobiły, zwyzywali i okaleczyli. Odjebali mi jebanego kciuka! Zawsze mogło być gorzej… Po kilku godzinach wróciłem na ośkę w ich Redwoodzie, albo raczej wleciałem bo w biegu mnie wyrzucili z gabloty. Zemszczę się na nich, na pidikach też.
Akt XI
Taa, żyję dalej - kilka dni temu minęły moje dwudziestetrzecie urodziny, jak ten czas zapierdala, DAMN, zastanawiam się powoli nad sobą, widzę, że zmieniłem się przez te cztery lata na Willowfield. Na początku byłem narwanym gówniarzem który o niczym nie wiedział, nie znał podstawowych zasad, hierarchii. Teraz natomiast jestem doświadczonym żołnierzem rodziny, mimo iż mam tylko dwie litery na karku, czuję, że jestem ważny dla tej ośki. Staram się przejść do historii, sprawić aby o mnie pamiętano tak jak o C’KEY’u chociażby, aby na mój pogrzeb pojechano korowodem z niebieskich gablot, kurwa mać, coś pięknego.
W końcu nastał dzień w którym ruszyliśmy na spacer, taki najzwyklejszy, żeby pokazać temu plebsowi na South Central “Whose Roll’in!” Spacerujemy i jak zwykle wykrzykujemy różnorakie hasła. Nagle, wsłuchuję się w słowa wypowiadane przez mych braci, spoglądam na dwóch mieszków… Oni, kurwa mać, oni wykrzykują na cześć “CRIPS”. Nieziemsko mnie to wkurwiło, ustaliłem z DJ’em, że zabieramy ich na doki… Ledwo wróciliśmy na rewir, zgarnęliśmy ich do Bluewooda. Nie minął kwadrans i znajdowaliśmy się na miejscu. Ja zabrałem się za jednego, DJ za drugiego. Wytłumaczyliśmy im dokładnie co zrobili źle potem dostali profilaktyczny wpierdol który powinien ich dodatkowo naprostować. Jak to wyszło? Hah, jeden zniknął z eighty-five, pewnie uciekł. Skurwysyn z przeszłoscią narkotyczną… Drugi natomiast nosi już brąz, wykazał się… Zobaczymy jak długo pociągnie. Wróćmy do tematu, gdy się już ocknęli, zabraliśmy ich ba rewir. Tam ratowała tych czarnuchów karetka, ohh cóż to był za widok.
Nie tylko noname’ów uczyłem zasad na 85’ST, to samo robiłem z brązami. Nawet swojego chrześniaka zdzieliłem w mordę, tak wychowawczo aby w końcu zrozumiał, że mimo bandany, nadal jest gówno wart.
Akt XII
Zbierałem hajs naprawdę długo, w końcu udało mi się uzbierać wystarczającą ilość mamony na gnata, porządną gablotę... Ciągle czułem pustkę. Wiedziałem czego mi brak. - Pierdolonego powrotu na swoją rodzoną ziemię, mowa tutaj o wiejących szarą codziennością blokach na ANZAC. Kupiłem tam mieszkanko podobne do mojego starego domu, w którym mieszkałem za dzieciaka. Ustawiłem się, jednakże wszystko to mogę poświęcić dla kilku osób dla których zrobię wszystko a jest nią RODZINA.
Nastał taki dzień, tym razem czułem, że coś się wydarzy, nie wiedziałem jednak czy będzie to coś dobrego. Nastał więc wieczór, KYM, BIG J i BOBEK zaprowadzili nas na koniec ośki - tam miało miejsce grupowe rozliczenie z tego jak daleko zaszliśmy i jak daleko zajść możemy. Koniec końców swoją szansę na wstąpienie do rodziny otrzymali C'LAG, RYLAN i BUCC. Ten pierwszy nie zdał testu, kilkadziesiąt minut później zakopywaliśmy go w lesie, bo co mieliśmy z nim zrobić? Kurwa, właśnie nie miałem pomysłu, nie wpierdolę przecież jego zwłok. Brąz to szansa ale i pierdolone przekleństwo - Nie uczył się życia i skończył bez niego. Niesamowite uczucie, rano zbijał ze mną grabę, cóż CRIPPIN'.
DJ ponownie awansował, na oczach prawie wszystkich czarnuchów z rodziny wyryto mu CRI, trzecią literę. Pha-hah, czarnuch ma rozmach. Ja swojej szansy nie otrzymałem, po prostu nie byłem gotowy, czułem to nawet ja sam. Trzeba się bardziej poświęcać, może kiedyś nadejdzie na mnie pora. Na razie tego jednak nie chcę, za duża odpowiedzialność.
Rylan z czasem włączony został do rodziny, DAY byłby dumny, podał się na ojca nie tylko z miłości do rodziny ale i z charakterkiem, młody skurwysyn.
Akt XIII
Słyszeliście to? Strzały kurwa o godzinie 0. Tak oto powiedzieliśmy tym skurwiałym pączkoopierdalaczom w mundurkach gdzie ich miejsce. Za bardzo się panoszyli. - Koniec końców stracili gnaty, pojazdy mieli jak sitko. Wygraliśmy wojnę zaledwie dwiema bitwami? Może trzema, nie pamiętam już.
Najpiękniejszy moment w moim życiu to zajebanie pierwszego slooba, zrobiłem to na przelotówce. Strzelałem na oślep, jakimś cudem jednego trafiłem w głowę, wiedziałem, że umarł. Od razu poleciałem do Grizzly'ego się pochwalić, a na moim prawym żebrze pojawiło się "bK".
Przyszedł CONNER, czarnuch który dosyć szybko się wybił, został brązem, niby nadal gówno ale czuję, że będzie on przyszłością niebieskiej rodziny.
Zaskoczył mnie fakt, że RYLAN który raptem kilka tygodni temu został włączony do rodziny, został nagrodzony literą R na karku. Jest zdecydowanie za młody, brak mu doświadczenia. Chyba pierwsza decyzja z którą ciężko mi się pogodzić... Z resztą nie tylko mi. Oby Gruby się nie pomylił i wiedział co robi ładując na Tiny C porywczego młodziaka.
A ja co robię? To co zwykle, staram się wykminić coś ciekawego dla każdego czarnucha z ośki, krew mnie jasna zalwa, piorun we mnie przypierdala jak widzę osławionego podpieracza ścian.
Znalazłem se lachona, Hejli. Siostra Gryźlaka - kręcę z nią ale nie przykładam do tego już takiej wagi. Kobieta jaka by nie była, będzie na drugim miejscu. Pierwsze jest dobro rodeziny.
DJ założył swój klub freestyle'owy, świetny pomysł, podobno mają tam chodzić gangstuchy z całego SC. Żeby tylko nie zapomniał kto jest NASZYM wrogiem i kogo tam nie powinien wpuszczać.
Akt XIV
Kolejny wieczorek, podbijamy na kanały, tam odwiedza nas ekipa groch... Seville, organizujemy sobie walki. W końcu wydarzył się incydent. Mieszek z Seville pokonał na piąchy naszego młodziaka, gdy ten padł, chuj zadał mu jeszcze parę kopniaków. - RYLAN zareagował, odepchnął go, w sumie zrobiłbym tak samo. Wiecie jak zareagowało to ścierwo które ma czelność chodzić po niebieskim terytorium? Strzeliło Rylanowi w pysk. To jest już kurwa przesada. Wylazłem razem z Rylanem na środek areny, zwyzywaliśmy go od "ścierwa" i "trupów". Ghasty oczywiście trzymał stronę mieszka, co się dzieje z tym czarnuchem. - Dobrze, że reszta widziała co było.
Przynajmniej wyszedłem na czarnucha który nie pozwoli jakiemuś ścierwu co nawet barwy nie nosi na klepanie mojego, można powiedzieć brata. Jestem z tego dumny.
Akt XV
Yeah, w końcu uzbierałem prawilną ilość pinonszków, pierwsze co wtedy zrobiłem to podklepałem do Jasia Stylesa i od razu załatwiłem sobie nowe Voodoo sprowadzane z Detroit. Wszystko niby przebiegło genialnie poza jednym pierdolonym faktem… Jebany dostawca, kopsnął mi czerwoną gablotę…

Boże, takiej załamki nie miałem jeszcze nigdy. Nie idzie się z takim gównianym kolorem pokazać na dzielni, jedno wielkie pośmiewisko. Od razu załatwiłem lakiernika i poleciałem z tym na niebiesko.
Akt XVI
To dopiero był wieczór, nigdy go nie zapomnę, nie? Siedzę sobie na kanapie i opierdalam bułkę którą kupiłem sobie ze sklepu blisko ośki… Podbija do mnie Grizzly i z bananem na mordce wskazał na czarnego Huntleya – za jego kierownicą ściśnięty jak cholera siedział BIG J’.
Wywieźli mnie w to samo miejsce gdzie dostałem C, kiedy stałem się Young Cripem. Otwarli bagażnik i kazali zerknąć co jest w środku. Nawet nie zdążyłem obczaić co jest pięć i już wyrwałem kilka lujów ogłuszaczy na sagan. Padłem bezwładnie na ziemię, wtedy Gruby stanął tuż nade mną, nawinął
„Siedzisz na tych rewirach sporo czasu, czarnuchu. Pokazałeś, że nie jesteś pizdą, tylko prawdziwmy Cripem.” – I wtedy Grizzly zaczął dziergać na moim karku literę „I”.
Wróciliśmy na rewirki, a ja wciąż nie wiedząc co się właśnie stało, usiadłem na kanapie. Krew spływa mi po karku. Każdy czarnuch jakiego spotkałem gratulował mi tego co mnie właśnie spotkało. W sumie… Następnej okazji do gratulacji raczej nie będzie. Zostać Bangerem to już jest wyróżnienie, a młody oryginalny wykracza poza moje możliwości.
Akt XVII
Wychodzę jak to mam w zwyczaju na pełnym czilałcie z chaty na ANZAC… Idę miglancem na osiemdziesiątą piątą, a tam od chuja radiowozów, w jednej z nich siedzi zakuty Bobek’. DAMN. Za pół roku będzie miał wagę, wtedy okaże się na ile go posadzą. Jedno jest pewne, czarnuch trochę sobie posiedzi.
Dayton posuwa więcej niż suwnica, szkoda, że przy tym płodzi więcej dzieciaków niż króliki. Tej pojebany człowiek sprowadził kolejnych małolatów na ośkę… Britney i Khail. Cóż by tutaj więcej opowiadać, poza faktem, że Khail umarł z bliżej nieznanych powodów zaraz po tym jak został brązem to nic specjalnego się z nimi nie działo.
Na północ wprowadziła się nowa ekipa brudasów, kolejne typy do bica, hehe. Dasz wiarę, że te złamasy wbiły nam na rewir pogadać o stosunkach między nami. Dopiero po kilku minutach pokazywania naszej niechęci do tych pizd zrozumieli, że nie mają czego szukać na 85’. Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy to nich, a tam suprajs… PUSTO. Wracamy przejeżdżając przez małą Jamajkę. O dziwo, siedzieli tam i także obgadywali różne sprawy. Chyba nie muszę opisywać jakie Pearl Harbor im zrobiliśmy.
Akt XVIII
No po prostu nie mogę, czaisz co odjebała ta moja maniurka Hejli? Okazało się, że jej dupsko to autostrada, a nie ścieżka przyjemności. Ledwo wbiła na ośkę i obskoczyła trzech czarnuchów. Dowiedziałem się tego i od razu zostawiłem tę sucz. Koniec z kobitkami, jak nie robią ci prania mózgu to są szmatami.
Na mapę wróciła Florencia, stara ekipa wyjadaczy z którą miał problem Dizzy’ kiedy to na Willowfield stacjonował set ETBC. Przynajmniej tak mówił mi Lazy i BIG J. Nastał moment, w którym każdy się zbroił na potęgę. Gnaty, siłka… Wszystkiego trzeba było w ogromnych ilościach.
Nawijałem już wcześniej, że Rylan nie powinien zostać Tiny C… No i moje przeczucia się spełniły, odpierdolił taką manianę, że Ja i Day wybiliśmy mu zębiska. Cóż, ojciec raczej nie miał powodu do dumy kiedy jego zasrany potomek nie wiedział co to szacunek. Kara mało co dała bo i tak ten murzyn umarł na Jefferson… Jakiś sloob po przegranej ustawce wbił mu kosę pod żebro.
Akt XIX
Hejli przeszła samą siebie… Umówiła się na grupowy seks z Dayem, Thugiem i Stracc’kiem. Najzabawniejsze było to, że Grizzly się o wszystkim dowiedział, wbił się do meliny, bo tam się grzmocili i samej Hejli wpakował serię w plecy… Reszcie zrobił taki afgan, że szkoda słów. Młoda Hillówa umarła w skutek odniesionych obrażeń. Dobrze zrobił ten bambus odstrzelając ją. Rodzina rodziną, ale prezentowała poziom niegodny czarnucha z Willowfield.
Kilka dni później wbijam na rewirki i zaczepia mnie wkurwiony Grizzly’, po krótkiej nawijce dowiedziałem się, że zaszedł z Szarlotą w ciążę. Szkoda, że nie planowaną. Musiałem z nim nosić pierdolone kartony z pieluchami, zabawkami… Kurwa, tyle tego gówna było. Zaraz potem wziął z nią ślub, a dzieciaka nazwali Jeezy. Będzie z niego dobry czarnuch, Quinton go wychowa na prawdziwego hastlera.
Minęło kilka lat, Jeezy dorósł, a w raz z nim cała ośka. Szarlota się zajebała po tym jak brudasy ją zgwałciły, straszna wiadomość… Kilka dni później, w nocy te zjebane naczosy odjebały Kymaniego. Tyle pogrzebów miało być w najbliższym czasie… Tyle czarnuchów pierdolnęło już w ramy…
Podklepałem do studia tatuażu na c-wood i na klacie, po LEWEJ stronie wydziergałem sobie ich imiona na znak tego, że będzie mi ich w moim czarnym życiu brakować.
Kymani był takim fejmem, że na jego pogrzebie było pół Gang Unitu.

Akt XXI
Nie spodziewałem się, że jeszcze otworzę ten dziennik, cóż... Wiele się w moim życiu zmieniło, poznałem dwie kobitki, z jedną się później ożeniłem, zakupiłem wypasioną brykę za hajs z dilerki. Żyć nie umierać można powiedzieć! Nie, nie można... Zacząłem się powoli wypalać, tracę siły na tą gangsterkę, ciągłe zmaganie się z ciężką, jak dupa świętej pamięci Hailee Hill, rzeczywistością. Chyba nadszedł czas na jakąś przerwę, odpoczynek od tego wszystkiego, kto wie... Może na emeryturę. Z jednej strony przydałaby mi się przerwa, czas na regenerację sił, z drugiej natomiast opuszczam rewir który dał mi wszystko. Niestety takie jest życie, mam nadzieję, że jeżeli kiedyś (jeżeli w ogóle) wrócę, to zastanę te same mordeczki w niebieskich ciuchach i bandanach, który powitają mnie jak brata, a nie jak szczura, który gówno zrobił dla dzielnicy. Dlaczego tak nagle straciłem chęci do tego wszystkiego? Cóż, zapewne za dużo już dostałem od życia... Dlatego więcej już od niego nie chcę.
EPILOG
Cóż, nic nie trwa wiecznie... Pomimo różnorakich środków bezpieczeństwa, w końcu dorwała mnie seria z półautomatu. Jechałem z moim ziomkiem Stracc'em po rewirach, nagle wyjechała czarna gablota i BANG. Zrobili ze mnie sito. Umarłem... Po prostu zniknąłem z tego świata, przestałem istnieć. Pha, ciekawe czy chociaż mnie gdzieś pochowają... Szczerze? Mam wyjebane, równie dobrze mogę zanurkować na dno oceanu, w dokach. Kolejny gangster pożegnał rewiry. Taka kolej rzeczy.
https://www.youtube.com/watch?v=ZWETtMyGZfw
No i nastał koniec kolejnej biografii. Trzeba wiedzieć kiedy zejść ze sceny.
Dzięki za przeczytanie tych wypocin.
Użytkownik Krakus_ edytował ten post 12/06/2016 - 11:32


