

W środku nocy budzi Cię ryk silników pod Twoim domem, które oddalają się niczym na torze wyścigowym. Przewracając się na drugi bok, słysząc kolejny raz tę samą sytuację, postanawiasz zejść pod blok. Szybkie wskoczenie w spodnie, lekki podkoszulek, pod nosem rzucasz „kurwami” na dzieciaków zabawiających się przed swoimi nastoletnimi dupami. Pełen nerwów i agresji, trzaskasz za sobą drzwiami, zapewne budząc przy tym swoją kobietę i psa.
Zbiegając po schodach, podążasz za odgłosami muzyki i rozmów. Gdy wyłaniasz się zza zaułka, nie dostrzegasz dzieciaków – lecz urzędnika u którego płaciłeś, faceta stojącego za Tobą na światłach oraz kobietę, która trąciła Cię koszykiem gdy kupowałeś bułki. Każdy z nich stoi przy samochodzie, rozmawia, śmieje się i słucha muzyki z centralnie rozstawionej kolumny. Zastanawiasz się – „Co jest, do jasnej cholery, grane?!” Lecz po chwili wszystko staje się oczywiste, z oddali słychać szum policyjnych syren a grupka, niczym duchy, przeniknęli wprost do swoich aut. Dopiero gdy stacyjki zostały przekręcone a na Twoje oczy padł słup światła, zasłaniasz ręką oczy i wsłuchujesz się w warkot silników, wiedząc że znalazłeś się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie.
Jedno, drugie, trzecie, czwarte auto przemknęło koło Ciebie i narożnika przy którym stoisz, aż nagle słyszysz jak ktoś zatrzymał się, drzwi otworzyły a ręka wciągnęła Cię do środka. Porażony snopem światła wciąż nie dostrzegasz kierowcy, lecz słyszysz damski głos, mówiący: „Spokojnie, pomagam Ci, uwierz.”
3 lata później – nagranie audio znalezione na miejscu wydarzeń, East-Beach 2235, Los Santos.
Kim naprawdę jestem? Jestem częścią. Nie jestem indywidualnością, jestem częścią grupy, rodziny, formacji, nie potrafię tego określić. Ja jestem częścią ich, oni są częścią mnie. Kobieta i pies? **smiech** Tak, niegdyś znałem takie pojęcia. Dom, spokój, stabilizacja, praca w Downtown, codzienne sprawozdania i gotowy obiad w ciepłym domu. Tylko która kobieta byłaby w stanie wytrzymać, że jej facet woli spędzić wieczór nie-wiadomo-gdzie, kiedy ona leży sama w łóżku? Pierdolić to wszystko, tak jak i pierdolić ją. Z resztą, długo nie musiałem czekać – szybko znalazł się pocieszyciel, „przyjaciel rodziny”. Rzygać mi się chce jak o tym myślę. **słychać trzask zapalniczki i rzuconej na stół paczki papierosów** Ale miałem przecież ich. Katie, to od niej wszystko się zaczęło – przyjechała po mnie, jak stałem na środku chodnika z walizkami, wspomnieniami, bagażem życia i rozbrzmiewającymi słowami – „Byłam zagubiona, nie potrafiłam tego dłużej znieść a on mi w tym pomógł!”
Kolejny już raz otworzyły się przede mną te same drzwi tego samego samochodu, w przeciągu dwóch tygodni ta sama furtka ratowała mi tyłek. I do czego mnie to doprowadziło, kurwa mać! **zaciągnięcie dymu, chwila przerwy, wydech** Przygarnęła mnie do siebie, usiadła i rozmawiała. Straciłem poczucie czasu, nie wiem ile to trwało – tydzień, dwa, a może to była tylko godzina? Nie miałem nigdy odwagi jej zapytać, Katie rzecz jasna, ile tak tkwiłem w nicości. Długo zajęło mi, by wrócić do garażu po swój samochód. Stare, trzydziestoletnie gówno które nie potrafiło odpalić wtedy, kiedy najbardziej chciałem uciec z tego miejsca. Przekręcałem żałosny kluczyk w stacyjce gdy ona spoglądała przez okno, a tuż za nią stał on. Chwila ciągnęła się w godziny, pot zalał mi czoło – wiedziałem że muszę się zbierać, jeżeli chce wyjść cało z tej nory.
Znów mogłem liczyć tylko na nią, na mojego anioła stróża – Katie. Podbiegła i czym prędzej podczepiła linkę, wyciągnęliśmy wóz i kierowaliśmy się w tylko jej znaną stronę. Nie wiem jak się tam znalazłem, kierowałem wozem niczym w transie, myślami nadal byłem z nią, leżałem obok niej i gładziłem ją po policzku.
Mijały kolejne doby, tygodnie a telefon milczał. Już mnie nie kocha, muszę zdać sobie z tego pierdoloną sprawę! Życie zlewało się w monotonię, dzień i noc nie różniły się niczym. Aż do tej chwili, do tego wieczora – który z pozoru był niczym innym jak kolejnym, nostalgicznym zakończeniem dnia. Mój „stróż” kolejny, cholera – niezliczony już raz – chwycił mnie za dłoń i wyciągnął z zaciemnionego pokoju. Wrzuciła mnie do auta i udaliśmy się na północ, w kierunku ‘Venturas.
Stary, opuszczony parking podmiejskiego kasyna świecił się z dala niczym choinka na święta. Warkot silników i ryk głośników był niemalże ogłuszający. Znów poczułem to, co czuć powinienem – emocje. Nagle spłynęły barwy na moje oczy, nagle dostrzegłem że żyję. Rozumiesz? Żyję.
**dłuższa chwila przerwy w nagraniu, słychać kolejny trzask zapalniczki**
Ręczny, sprzęgło, gaz, bieg – odejście. Raz za razem, jedynie przyglądałem się jak Katie operuje samochodem niczym swoim podwładnym. Z każdą chwilą czułem jak krew napływa do wysuszonych od dawna koniuszków palców, stóp, głowy. Uderzenia serca niczym tłoków w potężnej V-ósemce, nie rozumiałem co się ze mną dzieje. Trwało to dokładnie dwie godziny, nim podjechaliśmy pod dom. Zerknąłem na Katie gdy zgasiła silnik i.. sam nie wiem jak się to zadziało. Najpierw dotknąłem jej dłoni, która – o Chryste – zacisnęła się na mojej. Kolejny raz straciłem poczucie czasu, lecz z zupełnie innego powodu, zupełnie przeciwnego. Za kilka chwil byliśmy już w środku, zdejmując z siebie to co zbędne. Znów wiedziałem, że oddycham nie na marne.
Ta kobieta nie uznawała kompromisów. Już kolejnego dnia leżeliśmy razem – ale nie w pościeli, lecz pod moim starym, rozklekotanym Chevelle. Te chwile… te chwile… ekhm. **urwana mowa**
W miesiąc wóz był gotów. Nie spodziewałem się takiego wsparcia od całego otoczenia, od jej znajomych. Początkowo podejrzane dla mnie było że zwykły kumpel może tak pomagać koleżance? Wiele kłótni i awantur wybuchało z mojej cholernej zazdrości. **smiech, zakończony kaszlem** Musiałem wkroczyć głębiej, by to wszystko zrozumieć.
To nie była zwykła paczka przyjaciół. To nie była rodzina. To nie była grupa. To byłem ja. Ja byłem nimi, oni mną, rozumiesz? To trwało długo, kilkanaście miesięcy. Mały Jizzy, Robbie, John i Quinton – to byłem ja, a oni mną. Każdy z nas miał cząstkę kogoś innego. Godziny w barze, mile na drogach, wanny piwa i kartony papierosów. Przesiadując godzinami w jednym miejscu, nie da rady nie zwrócić na siebie czyjejś uwagi. Tak było i tutaj – w lipcu, sierpniu zeszłego roku, przysiadł się do nas niejaki Ivan. Miły gość, z wyraźnym akcentem jakiejś pieprzonej europy wschodniej, zapytał czy auta które stoją przed lokalem należą do nas, bo ma pewne pytanie. Gdy tylko wypiliśmy razem kilka kolejek, bez ogródek zapytał nas – „Przyjaciele, mam pewną teczkę dokumentów do przewiezienia z ‘Santos
do ‘Venturas. Niestety, nie jest mi to po drodze – ale z tego co opowiadacie, bywacie tam często! Mógłbym was prosić o przysługę, na której – zaufajcie- nie stracicie?”
Chyba wrodzona podejrzliwość Katie kazała jej spojrzeć na mnie wymownie, marszcząc uroczo swoje brwi. Lecz czy to właśnie nie ryzyko i adrenalina pozwoliły wyjść mi na nogi z tego kurwidołka w którym tkwiłem? Zerknąłem na chłopaków, lecz ich oczy, przeszklone płomieniem entuzjazmu, także spoczywały na mnie. Kiwnąłem więc głową, sięgając po teczkę od Ivan’a, który uśmiechnął się, ukazując swoje wyniszczone, pożółkłe zęby.
Nasza współpraca trwała przez okrągły rok. Nie pytałem co jest w teczce, on nie pytał o koszta – dawał zawsze tyle, że wystarczał jeden kurs miesięcznie. Około miesiąca temu telefon Ivan’a przestał oddzwaniać, sam zaś Ivan zapadł się pod ziemie. Wiesz jakie to uczucie – niczym pies bez pana, odcięty od karmy schowanej tuż za rogiem, w szafce.
Od zniknięcia Ivana, mój „anioł stróż” sam wymagał stróżowania. Nocne pobudki, głuche telefony, podejrzane sms’y – mogłem zareagować już wtedy. Gdybym tylko w tej chwili spakował się i wyjechał, zabrał ją gdzieś….
W ten sobotni poranek obudziłem się sam. Karteczka na stoliku z odciskiem jej szminki miała mnie poinformować, że wróci nim zdążę się obudzić. Powitałem ją lekkim śmiechem, gdyż nie udało się do końca – przecież, cholera, nie śpię już! Myję zęby, biorę prysznic, kroję bułki i smaruje je masłem. Cisza. Nie lubię jej, włączam więc telewizor, BBC, CNN, FOX, ponownie CNN. Wiadomości z ‘Santos, czerwony pasek i helikopter krążący nad kanałami w So’Central. Szybki rzut oka. Upadający nóż, dłoń osuwająca się wprost na blat.
„Pięć ofiar śmiertelnych w skutek ostrzału i pożaru samochodu nieopodal Grove Street. Przyczyny wyjaśnia FBI. Prawdopodobni sprawcy udali się w stronę Commerce, gdzie ślad po nich zaginął. Głównymi podejrzanymi w sprawie są poszukiwani listem gończym Italo-amerykanie, posiadający powiązania z miejscowym syndykatem kryminalnym."
Nie potrafiłem wejść na cmentarz. Stałem pod bramą z trzęsącą się dłonią, kiedy ich karawany przejechały obok mnie, wioząc ich ostatni raz. Uciekłem, niczym dziewczynka, nie wiedząc gdzie i po co zmierzam.
Straciłem część siebie, jestem niekompletny. Kolejny raz, o jeden raz za dużo.
**słychać przeładowanie broni, następnie wystrzał i upadające na ziemie ciało. Następuje cisza aż do końca nagrania**


1. Po pierwsze, szacunek. Nigdy nie dostaniesz drugiej szansy, by zrobić pierwsze wrażenie. To, jak podchodzisz do innych determinuje to, jak będziesz w otoczeniu traktowany.

Jak widać, startujemy z odsłoną organizacji która – mamy nadzieję – przerodzi się w długofalową, innowacyjną grupę wnoszącą powiew świeżości w szeregach przestępczych. Powyższa opowieść oraz zasady, zebrane w tekście jak i stosownym akapicie mają być dla was jedynie wskazówką i odnośnikiem do naszej rozgrywki. Aby nie ujawniać zbyt dużo szczegółów, zdecydowaliśmy się na opisanie historii niezwiązanej IC z wydarzeniami mającymi miejsce w grze. Jest to jedynie drogowskaz do klimatu, który chcemy byście kreowali w naszych szeregach, reszty dowiecie się z czasem, piona.
HP:
http://net4game.com/...-unknown-oxide/
Credits:
Spencer
Nerek
Summeruś
Użytkownik Nerek edytował ten post 17/08/2015 - 13:36

Temat jest zamknięty











