Przypał całkowicie nieśmieszny, ale chyba jak dotąd największy w moim życiu. W przedszkolu (i dość długo jeszcze w podstawówce) byłem wielkim nerwusem, płaczkiem (bardzo bałem się burzy zawsze) i miałem problem z integracją w większych grupach.
Pewnego dnia w przedszkolu siedzieliśmy w kółku i chyba o czymś rozmawialiśmy. Nastała burza – zaczęło grzmieć, a ja siedziałem zwrócony w stronę okna, co jeszcze bardziej wywołało u mnie panikę jako jedynego wśród całej grupy przedszkolaków. Nagle jeden z nich siedzący idealnie naprzeciw mnie zaczął się ze mnie śmiać – jako, że byłem nerwusem, to od razu zdjąłem ze stopy buta ortopedycznego (leczono u mnie platfusa, to były dość drogie buty i ciężkie do znalezienia – nienawidziłem ich nosić, co zapewne tylko czyniło mnie bardziej gniewnym w tamtej chwili) i rzuciłem w jego stronę, celując w twarz. Całe szczęście but trafił w bok twarzy – widziałem, że bardzo mu to napuchło. Pani od obiadów pomagała mu trzymać worek z lodem przy jego policzku i próbowała uciszyć, bo bardzo go to bolało. Konsekwencje poniosłem niemal w tej samej chwili – po tym wychowawca, który akurat siedział przy mnie na krześle, podniósł mnie błyskawicznie i zaczął lać po dupsku, nie oszczędzając na sile i ilości powtórzeń. Potem chyba rodzice też się o tym dowiedzieli.
Gdybym to zrobił w moim wieku, to nie wybaczyłbym tego sobie nigdy. Od tamtego czasu jestem całkowicie inny, niż byłem. Jestem bardzo wrażliwy na przemoc wobec innych i na smutek, nieszczęście innych. Chcę, żeby ludzie byli jak najczęściej radośni i szczęśliwi. Problemy innych i bezinteresowne rozwiązanie ich w razie „wołania o pomoc” stawiam jako pierwsze, a moje wtedy odstawiam na bok. Proszę Was, nigdy nie czyńcie zła. Nie krzywdźcie innych i nie dopuszczajcie się przemocy, bo jak powiedział ksiądz Popiełuszko – „przemoc nie jest oznaką siły, lecz słabości”.