Cześć, szczerze mówiąc chciałem ten temat poruszyć już dawno, ale jakoś nie mogłem się za niego zabrać, aż do dzisiaj.
Wszystko odnosi się do jednego z najbardziej kontrowersyjnych tematów, jakim jest ślub a seksualność. Każdy słyszał pewnie od rodziców, opiekunów, księży, czy nauczycieli wielkie przykazanie - "Seks to jedynie po ślubie.". Nurtuje mnie ten temat, bo wiele jest tutaj nieścisłości pomiędzy właśnie tym, co nakazuje Kościół Katolicki, a Pismo Święte. Przejdę do sedna.
Kościół Katolicki zabrania współżycia seksualnego przed ślubem. Ślub jest jednym z sakramentów, podczas którego przysięgamy partnerowi, iż nie opuścimy go do śmierci, oraz, że będziemy mu wierni. Skoro mamy czekać z partnerem do ślubu, który teraz jest nie lada wydatkiem (sale weselne, msze, wydatki związane z całą ucztą itd.), to znaczy, że według Kościoła jest on "przepustką". Przepustką jakby, do współżycia z żoną, mężem. Według mnie, trochę to nie ma sensu. Nie chcę powiedzieć co o tym naprawdę myślę, gdyż temat nie jest nastawiony na to "w co wierzysz jest lepsze", a jedynie refleksję. Wracając, czemu nie to sensu w dzisiejszych czasach? Odnosi się to do biologiczności naszego ciała. Dojrzewamy już w wieku wczesno-nastoletnim i wtedy rodzi się też nasz popęd, a w następnych latach życia wcale nie mamy łatwiej - mamy do tego jeszcze większe "chęci", podczas gdy na ślub decydujemy się w wieku około 25-30 lat, czasem wcześniej, ze względu na szkołę, studia i oczywiście pieniądze. Wiemy jak w tym kraju jest z hajsem ciężko, a jak już mówiłem, ślub to ogromny wydatek. I teraz co, mamy czekać aż tyle do ślubu, podczas gdy ciało się domaga?
Ślub to też przysięga, a Kościół opiera się na Biblii, która głosi teraz coś innego:
A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie - ani na niebo, bo jest tronem Bożym; ani na ziemię, bo jest podnóżkiem stóp Jego; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla. Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nie możesz nawet jednego włosa uczynić białym albo czarnym. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi. (Mt 5:33-37)
Pogrubiłem najważniejsze. Czyli Ty nie wiesz, czy jutro nie zostaniesz ciężko chory i nie będziesz dał rady współżyć seksualnie, ale już przysięgasz, co jest kompletnie bez sensu. Dałem przykład o tym, że nie wiesz czy będziesz mógł uprawiać seks, gdyż według prawa Katolickiego ślub jest unieważniony gdy jeden z partnerów nie jest zdolny fizycznie do współżycia, co rodzi nam kolejny argument - że to tak naprawdę współżycie z drugim człowiekiem rodzi więź i to nazywamy małżeństwiem (podczas gdy słowo żona interpretowane jest jako "moja kobieta", podczas gdy mąż: "mój mężczyzna". Nie opiera się to do samego obrzędu jakim jest ślub.)
Mamy tutaj pierwszą z nieścisłości, ale chodźmy dalej.
Sam obrzęd ślubu nigdzie nie jest napomknięty w Biblii. Został on "wymyślony" przez Kościół Katolicki około XII WIeku. Wychodzi więc na to, że to seks tak naprawdę rozpoczyna małżeństwo (mąż i żona, jako mój mężczyzna, moja kobieta). Posłużę się znowu cytatem ze Starego Testamentu:
67 Izaak wprowadził Rebekę do namiotu Sary, swej matki. Wziąwszy Rebekę za żonę, Izaak miłował ją, bo była mu pociechą po matce.
W tym namiocie można się domyślić, co robili. (Na pewno nie urządzali sobie wesela, heh.)
Kolejny dowód na to, że rozpoczynając współżycie wtedy pieczętujemy związek i to się nazywa małżeństwem:
Mateusz 19:6:
6 A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela".
Ostatni cytat odnosi się także do współżycia, gdyż sam seks to incydent który scala w całość kobietę i mężczyznę. Udowodnione jest biologicznie, iż po współżyciu jesteśmy delikatnie "ślepi" na wady drugiej osoby, widzimy ją tylko w zaletach.
Co mi się przypomni, to dopiszę. Co tam myślicie?


