
Na zdjęciu zauważalny mężczyzna ubrany w niebieską, kratowaną koszulę flanelową,
na jego szyi przewieszony jest drobny, złoty łańcuszek, na którym zwisa litera "C".
Bok karku zdobi ucięty kawałeczek tego samego znaku ("C"), który jest zauważalną blizną
spowodowaną raną ciętą.
I - PROLOG
Gdzieś w starym, opuszczonym już domu na Willowfield, znajduje się pożółkła, porwana książka. Jej przednia okładka podpisana jest niestarannymi drukowanymi literami, przedstawiającymi treść "Dee'". Wertując strony jedna po drugiej, gdzieś w okolicach półmetku do ukończenia całkowitej lektury, znajduje się urwana nieco strona, na której nie innym pismem niż tym, którym zatytułowany jest pamiętnik, sporządzony jest wpis:
Drogi pamiętniku - to przecież już dwanaście lat mojego mizernego życia. Nie wiem, czy to dużo, czy to mało, ojciec zawsze powtarzał mi, abym każdy mijający rok traktował, jak gdyby miał być tym ostatnim, a czemu? Jedyne, co dowiedziałem się przed ostatnimi jego słowami wypowiedzianymi do mnie, były te o następującej treści "ponieważ trzeba być przygotowanym do śmierci za barwę o każdej porze dnia i nocy...". Wtedy nie wiedziałem co to znaczy. Wiem dziś, kiedy stanąłem u boku starszyzny, wprowadzającej mnie z biegiem czasu w ten syf. **tutaj widać dość sporą dziurę wypaloną papierosem, a dwie linijki niżej kontynuację tekstu** 1-8-7 - ktoś od tych z czerwonego gówna padł właśnie na naszej dzielnicy. Żałosny wpad na naszą ośkę z ich strony, poronili to, jak nigdy dotąd. Nigdy nie mieliśmy z nimi dobrych układów. Od kiedy tylko dowiedzieliśmy się, że Ci co kręcą się na opuszczonych blokach, przyjęli nazwę "B-Wood Bloodz" - nierzadko składaliśmy im wizyty powitalne. Z tego co wiem, podobnie często co najmniej jeden z nich dostawał od kogoś z Willowfield kulkę - jedna kulka dziennie - dzień bez kulki, dzień stracony. Ogólnie prawie całe South Central miało z nami ciężkie życie, kiedy tylko ktoś nas zdenerwował, potrafiliśmy zgrać się w jedną, zgraną kupę żołnierzy niebieskiej ośki i spuścić im taki w(cenzura), że własna matka by ich nie poznała. Weźmy na przykład takich latynosów z El Corony - kompletna pozerka, nawet własnej ośki obronić nie potrafią, co doskonale pokazali na ostatnim w(cenzura)u, gdy nasz jakże piękny purpurowy Bobcat załadowany w większości dobrze zbudowanymi ludźmi złożył im wizytę. Way' miał jednak jakieś dobre stosunki z Jamajczykami, którzy akurat kręcili się na Grape Street. Odbył z nimi małą pogawędkę, co pozwoliło się umówić na za trzydzieści minut w kanałach pod Willowfield. Tam spośród starszyzny noszącej niebieskie i brązowe bandany wybrani zostali Ci najsilniejsi, którzy mieli stawić Jamajczykom czoła w umówionej na sprawiedliwych zasadach ustawce. Wszystko było rzecz jasna dla zabawy, nikt nie odniósł wielkich konsekwencji pobicia. Wróciliśmy cali i zdrowi, jednak nic nie było już takie jak wcześniej, bowiem mogliśmy napawać się dumą z wygranej ustawki i obronienia swojego honoru, co pokazywało, jak silna potrafi być niebieska armia. Zdaje mi się, że nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy powoli z biegiem czasu zaczynali panować na innych dzielnicach South Central, bo z tego co wiem - stosunkowo niedawno na Eight Tray kręcił się jeszcze jeden, zaprzyjaźniony z nami przed laty set. Nie wiem co się z nimi stało, ale nagle utraciliśmy z nimi kontakt i tak naprawdę nic z tego nie wyniknęło. W kolejne dni było tylko lepiej, na ośce zbierało się więcej osób, wszystko było cacy, a częste wizyty innych rodzin na Willowfield, kończyły się dla nich fiaskiem. To były piękne lata mojego życia, ale zdaje mi się, że w końcu przyszedł czas na to, aby dorosnąć, kochany pamiętniku. Cóż mogę powiedzieć? Żegnaj - raz, niestety na zawsze... myślę, że często będę odświeżał sobie wszystkie wymienione tu historie mojego życia, niestety pióro musi polecieć w szary kąt...
Stronę później, w pamiętniku wszyta jest odrobinka brązowej bandany, pod którą napisana jest data 1989. Tuż pod nią znajduje się kawałeczek wyciętej bandany w kolorze niebieskim, pod którą z kolei sporządzona jest data 1993. Następne strony pamiętnika pozostają opustoszałe.
http://youtu.be/Y-UIFKJjZW8
***
http://youtu.be/D3x0mIVJtnc
II
Czas płynie szybko. To już 30 lat mojego życia za mną. Moje przeczucia nie były wcale takie omylne. Dizzy nie wytrzymał i w końcu stało się to, czego się obawiałem... rodzina po przeniesieniu się z Willowfield, które przejęło po walce o tereny Sureńos, nie utrzymała się również na C-Wood. Zagościliśmy tu trochę czasu, wpakowaliśmy kilka kulek w pewne osoby, a nawet obiliśmy nieraz mordy sloobom z Colinas. Ale to mnie nie satysfakcjonuje... bo głównym problemem jest fakt, że wszystko się posypało i nic nie pozostało po nas, prócz kilku osób z rodziny. Wils - czarnuch, którego znam już szmat czasu, od mojego powrotu na Willow, jak i T-Bone - również prawdziwy żołnierz niebieskiej barwy dali mi cynk. Podobno Oni jako jedni z weteranów spośród rodziny spakowali manatki i wynieśli się na Kelly Park. Pierwsi pojawiliśmy się tam ja oraz Pain'. Później, co dziwne, czarnuchów przybywało coraz więcej. Osiedlali się u nas zarówno nieco starsi żołnierze - pokroju Wolf'a czy Susi', ale również i nowi, którzy otrzymali niebieską barwę z czasem. Najbardziej zapadł mi w pamięć Jah', któremu osobiście wręczyłem brąz i wychowywałem go od dzieciaka. Kelly Park stał się teraz moim drugim domem, czułem się tu bezpiecznie i nie żałowałem, że powróciłem do starej rodziny, jednak w nieco innym składzie. Zastanawiałem się, co stało się z resztą czarnuchów z C-Wood, pewnie każdego by zainteresowała niebieska rodzina.
Minęło kilka dni. Jak to zwykle bywało, wpadałem na ośkę, robiłem szybką rundkę na siłce i leciałem się przelecieć nieco dalej. Dowiedziałem się, że Weed' wraz z kilkoma innymi żołnierzami spod skrzydeł Dizziego osiedlili się na Willowfield. Ucieszyłem się, bo zawsze mieliśmy dobre stosunki i pomyślałem od razu, że przecież wspólnie możemy zacząć wyniszczać sloobs, jak za starych czasów. Parę godzin później zadzwonił do mnie Wils. Powiedział mi, że kiedy był wraz z Painem i T-Bonem na C-Wood, to ktoś ich ostrzelał. Gdy wrócili - na szczęście cali i zdrowi - zapytałem się ich kto to był, co się stało. I tak oto usłyszałem ponownie, tym razem zimnym i stanowczym głosem ksywę - Dizzy. Zdziwiłem się, bo kilka tygodni nie widziałem tego typa. Weed', jego wieczna "przyjaciółeczka" zjednoczył się z tym czarnuchem i uznali nas za zdrajców. Początkowo był on przeciwny temu co robi Dizzy i próbował potajemnie zbijać z nami grabę, ale nic z tego nie wyszło. Postanowiliśmy zrobić im małą niespodziankę, w ramach rekompensaty za odpieprzenie czegoś takiego. Nastał wieczór, koło godziny 20:00. Kręciła się całkiem spora grupa osób na ośce, więc to była idealna chwila na zrealizowanie niecnego planu. Spacerkiem poszliśmy z Kelly Parku, przez most, schodząc aż koło LS Forum i stamtąd na Willowfield. Zastaliśmy kilku łaków i po niewielkim dialogu z najwyżej w obecnej chwili postawionych - rozpętała się walka. Wygraliśmy rzecz jasna, bo nasza przewaga była miażdżąca. Dostała tylko Susi', która o dziwo została pobita przez swojego byłego, który właśnie został na Willowfield. Ten dzień uznałem za udany, a więc wróciliśmy do siebie na Kelly i podsumowaliśmy wszystko klasycznie C-Walkiem oraz małym grillem na zaułku - świętym miejscu spokoju.
http://youtu.be/LlAcL4lZq_E
III
Mijał dzień za dniem, a lata na karku przybywały jeszcze szybciej. Byłem dumny z siebie, z Wils'a, T-Bone'a i Pain'a, bo to głównie te osoby, z Key'em, czy Ren'em u boku działały dla szybkiego rozwoju rodzin na Kelly. Mój kark zdobiły już kolejne wyryte znaki, znaczy się tym razem litery "CRI". Pierwszą z nich wyniosłem z C-Wood, wyrył mi ją Wils' - na całe szczęście, natomiast na dwie następne zapracowałem sobie na Kelly. Powiem szczerze, że powoli zaczęło mi się zdawać, iż niechętnie przychodzę na tą ośkę. Obumierała ona. Ludzie nie propagowali już zasad starej szkoły, a prawdziwych żołnierzy, którzy potrafili utrzymać stare zasady i miłość do rodziny ubywało. Coraz częściej widywałem gówniarzy chodzących z kubkami, które wypełniała kodeina mieszana ze Spritem. Żeby chociaż, najbardziej to chyba bolało, jak widziałem młodych cisnących się w rurkach - porażka kompletna... coś tu było nie tak, to nie było to Kelly co wcześniej. Wiele osób uciekło, inne strzeliły sobie w łeb, jeszcze inne wybrały nieco cichszą metodę - sznur. Bolało mnie serce kiedy o tym myślałem. Dizzy próbował propagować u siebie w tej samej chwili - bodajże na Sevilli - zasady nowej szkoły. To i sposób, w jaki kreował rozwój rodziny, było śmieszne, ale chłop się opamiętał i wrócił do starego stanu rzeczy. Mówię o tym dla czystego wzniecenia ciekawości, choć szczerze mówiąc mam w to głęboko wylane. Wracając do tematu bez zbędnego (cenzura)enia - w końcu stało się to, czego się obawiałem. W końcu rodzina obumarła, wraz z Kelly Parkiem. Nie pozostało nic, prócz dobrych wspomnień, a ja zdesperowany całym tym gównem przez chwilę posiedziałem u starych przyjaciół z Jamajki - znanych jeszcze po karierze u Way'a. Nie zmieniałem bandany, bo to nie było godne tej grupy zachowanie, ale zjaranie blancika na Grape Street i kilka w(cenzura)ów - w tym znienawidzonemu przeze mnie Dizziemu - chyba nie były problemem. Kiedy i ta grupa pozostawiła swoją ośkę pustą i rozwiązała się - raz na zawsze w tym samym składzie - postanowiłem powrócić na Kelly. Braciak - Wils', dał mi cynk o tym, że wkrótce wracamy do gry. Koncepcja na plan działań była nieco inna, ale najważniejsze było jedno - zachowanie starych zasad rodzin CRIPS. W międzyczasie na mój kark wpadła kolejna litera, a napis tworzył już spójne określenie "CRIP". Wraz z jednym, głupkowatym "P", na mojej głowie spoczęły nowe obowiązki. Ze zwykłego kapitana stałem się prawą ręką oryginalnego. Nie zdawałem sobie sprawy, że kiedyś nadejdzie w moim życiu tak piękny okres - a tu takie zaskoczenie. Ośkę zasiliło wiele nowych twarzy, które sprowadzone zostały przez różne osoby. Bardzo przyjemne osóbki tak pobocznie rzecz ujmując. Ale to nie ważne, jaka to nasza grupa nie była zajebista. Cieszyłem się, że zasilały ją przede wszystkim osoby wierne rodzinie, zrównoważone i kochające swoich "braci i siostry" z ośki. Tak, rodzina wróciła na Kelly Park! Dobrze słyszysz bracie. Wszystko postanowiliśmy uczcić, jak to zwykle bywało - małą wizytacją u Dizziego. Nie zastaliśmy nikogo, więc wpadliśmy jeszcze do sloobs'ów - fajnie, że coś się działo, takie urozmaicenie dnia to zajebista sprawa.
http://youtu.be/jRae7su3fBk
IV
Co tu dużo mówić - wszystko wracało do normy i było w jak najlepszym porządku. Siedzieliśmy sobie na Kelly Parku z myślami o tym, jak wygonić sloobs oraz Dizziego z miasta - tak aby nie wrócili już jak to bywało często. Kiedy slooby wyniosły się z Willowfield i osiedliły na Jefferson, Dizzy oczywiście powrócił na swoją ukochaną ośkę, której imię zbeszcześcił otwierając ogień do braci. Bardzo kochałem i nadal kocham tamto miejsce - w końcu tam się wychowałem, ale nie uspokajał się problem, jaki miałem do ludzi tam zamieszkałych. W międzyczasie na Xoomer pojawiła się pewna dziwna, złota grupka czarnuchów. Wprowadzili się tam chwilę po tym, jak Disciples zajęło C-Wood, tuż koło naszej dawnej ośki, tyle że na domkach. Nienawidziliśmy tego czarnego gówna, które lubiło chlubić się zdobytym hajsem i opijać sukcesy Spritem z kodą - mam tu na myśli Disciples'ów. Czarno-złoci z Xoomer mieli z nimi chyba największą spinę, porównywalną do naszych stosunków ze sloobs. Dlatego właśnie po kilku spotkaniach i obiciu sobie mord nie raz postanowiliśmy raz na zawsze zbić z grabę z Vice Lords, na których czele stali Glock' oraz Phil'. Tak utworzył się finalnie syndykat między nami, Latin Kings, Vice Lords, a Groves z siedemnastej, którzy później dali dupy i sprzedali się sloobsom. Kilka przejazdów z operowaniem gnatami i regularne obijanie mord s(cenzura)ielom z C-Wood dało nauczkę. Taka kolej rzeczy mnie zadowalała, bo w końcu udało nam się wykosić tych słegów, co było nam oczywiście na rękę.
Kilka dni później doszły mnie słuchy o rozpoczęciu działalności przez jakichś pseudo-gangsterów, którzy uważali, że godni są noszenia na sobie niebieskiej barwy. Zdesperowani wraz z Wils'em i T-Bone'm ugadaliśmy wszystko we trójkę, finalnie umawiając się z tym całym Calis Finest na ustawkę o tereny. Kto stracił wszystkich ludzi - tracił również teren, o który toczyła się walka. Oczywiście pokazaliśmy klasę i to wcale nie tak wielką ekipą, bo tylko w 11 na ich 12 typa. Byłem wielce dumny z tego, jak te cieniasy popadały i cieszyłem się, że po raz kolejny CRIPS pokazało klasę na South Central. Wspaniałe podsumowanie wszystkiego standardowym C-WALKiem z powodu odniesionej wygranej, spotęgowało moją dumę z tego powodu, iż byłem drugą najważniejszą osobą na ośce po Wilsie i T-Bonie, która przyczyniała się swoimi zasługami na utrzymanie w rękach tej całej rodziny na Kelly Parku. Jesteśmy Rollin 60s Crips, nie damy sobie w kaszę dmuchać fałszywym, nieznanym nikomu gównom, kminisz brat?!
http://youtu.be/xnu3seD1Ufk
***
http://youtu.be/h3fve4_0HHA
V
Zdawało mi się, że to byłoby zbyt piękne, gdyby rodzina miała się utrzymać w tym składzie. Niestety te słowa się sprawdziły. Wewnętrzne konflikty, niechęci, zgony i inne nieprzewidziane skutki wojny gangów zadecydował o wyginięciu większości żołnierzy rodziny. Sloobs w tym czasie rosło w siłę, Dizzy trzymał rodzinę na równej linii, natomiast my zaczęliśmy się sypać - a wraz z nami powoli kryzys dotknął VICE LORDS z Xoomer. Wils' zaginął, tak samo jak słuch o nim, zresztą podobnie wiele innych mord, tu i T-Bone. W obecnym składzie i sytuacji nie byliśmy nawet zdolni do poprowadzenia krótkiej, szybkiej przelotówy na pieprzonych blagierów z Jefferson. Być może wyda się śmieszne to, w jaki sposób funkcjonowały rodziny na Kelly Parku - powstały, upadły, podniosły się i znów upadły. Ale przecież to nie my byliśmy powodem upadku naszej własnej niebieskiej grupy braci i sióstr. Szczęście zadecydowało o tym, że wraz z Pain'em pozostaliśmy w stałym kontakcie. Dostałem od niego cynk o tym, że zamieszkał on wówczas okolice Fame Street. Zgaduję, że był On z tą ośką powiązany wcześniej, być może się tam urodził - tak jak Wils' na Kelly Parku czy też ja z Willowfield. Nawet nie zauważyłem, kiedy z dosłownie siedmiu typa zrobiło się nas multum, po prostu przezajebiście dużo... to może się wydać trochę śmieszne, ale nawet tak silni ludzie jak ja i Pain nie podołaliśmy prowadzeniu tej chołoty. Potrzebowaliśmy pomocy, dlatego spośród najbardziej doświadczonych i znanych nam osób, wyłoniliśmy zarówno kapitanów, jak i inne osoby od poszczególnych zadań. Obydwoje z Pain'em bowiem staliśmy na równym stanowisku i nazywaliśmy się oryginalnymi tej ośki. Tym samym czas zadecydował o pojawieniu się na moim karku nowego znaku, a tym samym porządnego, noszonego z dumą napisu "CRIPS". OG Mr D'? No przecież to jest śmieszne, od brązu na Willow, przez niebieską również i tam, skończywszy na oryginalnym ośki Fame Street? Nieźle - sam muszę powiedzieć, że byłem niemało zadziwiony... nasze duże ugrupowanie zrzeszało naprawdę różnorodne środowiska, co jednak nie zmieniało faktu, że popieraliśmy stare, wpajane od młodych lat zasady - najpierw rodzina i ośka. Niektóre wypady kończyły się zwycięstwami, niektóre fiaskiem, podobnie w przypadku naszych wrogów, kiedy wpadali do nas. Tak to już w tym świecie jest i taka właśnie jest kolej rzeczy. Często widywaliśmy się w różnych okolicznościach ze sloobs, które było wówczas naszymi "ukochanymi" sąsiadami. Ale nie zabrakło miejsca na spuszczenie kilku w(cenzura)i na umawianych między sobą z innymi gangami ustawkach, czy zawodach, na przykład tych w Las Venturas, huh. Nie ma tu co mówić, wszystko z czasem pękło i pozostały jedynie dobre wspomnienia po rodzinie na Fame Street - była ona bowiem jedną z najbardziej rozbudowanych i najsilniejszych rodzin CRIPS jakie stąpał po ziemi, dlatego, jeśli usłyszysz nazwę Imperial Loc Gangsters Crips - wiedz, że z tymi s(cenzura)ielami żartów nie było.
http://youtu.be/mySSRVt9QL0
***
http://youtu.be/kObIAgrqsq8
CREDITS:
Filmy - Crowd, Ramzes, Metju, AlMasia, Damianek, Czmielu, Zlosiej, Blazey.
Biografia - ja.
Taka biografia fajna rzecz, wykorzystam sobie kiedyś to wszystko, jak będę Cripsy kleić. <3
Użytkownik fil edytował ten post 04/05/2015 - 14:41



